10
Kwi
17

Wątpliwości naczelnego funkcjonariusza

   Czytając dzisiaj info różne, trafiam na skrót przemówienia najważniejszego funkcjonariusza w państwie. Przemawiają przez niego różne wątpliwości, jakby się wahał, czy służy po dobrej stronie. W przemówieniu zadaje pytanie „Po co istnieje państwo?”. Z ciekawości włączam film z tego przemówienia, masochizm, ale brnę dalej, bo jak zwykle ów pan, który ma dość znane nazwisko, mówi w rzeczywistości coś innego, niż było użyte jako „cytat” na którymś-tam portalu. Zadaje faktycznie to pytanie, ale jego późniejsza odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje, nie ukrywam. Brzmiało to w oryginale tak:

   „Trzeba sobie zadać pytanie, po co istnieje państwo? Po co ono w ogóle jest? Jako twór. Jest po to, aby mogła istnieć władza, czy jest po to żeby było na mapie, czy jest po to żeby było się o czym uczyć na lekcjach geografii? Otóż proszę państwa – nie. Państwo jest po to, by służyć obywatelom, by bronić obywateli, by realizować ich interesy, z których jednym z najważniejszych jest bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo i sprawiedliwość.”

   Trudno odczytać ze słuchu, czy po stwierdzeniu „Jest po to, aby mogła istnieć władza” jest kropka, czy dalszy ciąg zdania ze znakiem zapytania na końcu. A może jednak jest kropka? I wtedy odpowiedź zdaje się być jasna i prosta.

   Ale raczej nie; w tej wypowiedzi nie broni też państwa, broni tylko jego aroganckiego aparatu, który w imię wielokrotnie wycieranych o mordy funkcjonariuszy idei bezpieczeństwa i sprawiedliwości wiele może tym obywatelom zabrać w ich osobistej czy gospodarczej przestrzeni. I nieistotne z której partyjnej mafii akurat rządzą. Jak choćby w przypadku ostatnio opisywanej agonii spółki MGM, zamordowanej z zimną krwią przez bezideowy Urząd Kontroli Skarbowej. W imię bezideowego bezpieczeństwa (bo nie sądzę, że sprawiedliwości) wsadza do więzień ludzi, którzy konsumują lub tylko posiadają niekoncesjonowane używki. Lub grożą więzieniem tym, którzy za pomocą takich środków chcą się leczyć. Zdecydowanie w imię sprawiedliwości będziemy za chwilę już płacić podatek pogłówny, z którego finansowane mają być media rządowe. Nie interesuje mnie, który to rząd, bo nie interesują mnie te media, ale w imię sprawiedliwości będę musiał płacić kolejny podatek, by utrzymać tą medialną infrastrukturę, bo przecież nie za treści, z których nie korzystam. Nie wiem więc o jakich moich interesach mówił ów pan na państwowej uroczystości.

   Ale ten przemawiający funkcjonariusz poruszył temat odwiecznej dychotomii, w której ugięci pod przemocą i przymusem tracimy wybór: wolność czy bezpieczeństwo? Zostaliśmy zmuszeni do korzystania jedynie ze zbioru wartości powiązanych z bezpieczeństwem, często niestety nie osobistym, ale społecznym, publicznym, państwowym. Przed aparatem mającym zapewnić nam bezpieczeństwo nikt już nas nie broni. A do zbioru z zakresu wolności sięgamy często na własne ryzyko.

27
Gru
16

Tu nie będzie rewolucji… ani kontrrewolucji

    Jak rozpoznać kto jest obrońcą konstytucji, a kto obrońcą demokracji? To pytanie sugeruje oczywiście, że w takim razie istnieją wrogowie tych domniemanych wartości (dla obrońców, oczywiście – dla mnie wartość tych frazesów jest dość iluzoryczna), którzy dążą do ich destrukcji. Sugeruje też, że nie można być jednocześnie obrońcą jednego i drugiego, a także, że jakoby istniała konieczność postawienia się po którejś ze stron. Jednak to pytanie skonstruowane jest wg schematu dominującego w aktualnej mainstreamowej dyskusji o polityce (bardzo podobnie jak pytanie, na które nie da się odpowiedzieć „tak” lub „nie” – Czy przestał pan już brać łapówki?). Miałem pomysł, by wrzucić obok siebie garść cytatów, które bez podania autora i celu ataku werbalnego pokazałyby miałkość i identyczną retorykę opozycji i partii rządzącej. My nie będziemy się temu biernie przyglądać. Przygotowujemy się do wyjścia na ulicę i policzenia się. – czyż ta deklaracja nie brzmi tak, jakby opozycji skończyła się cierpliwość? Nic bardziej mylnego; obydwie strony mówią to samo i tak samo. Koniec końców nie chciało mi się wałkować tych wszystkich niusów, artykułów, felietonów by to zrealizować.

Prawda wychodzi po latach…

    Padła w różnych mediach teza o kontrrewolucji, którą rozkręca opozycja – jakże niesamowite jest to przekłamanie przez podanie w domyśle ukrytego faktu, że obecnie trwa jakaś rewolucja, która oczywiście jest tożsama z „dobrą zmianą” (czyż nie brzmi to równie uroczo jak „rewolucja kulturalna”? Ciekawe czym rządowi specjaliści od PR się inspirują). To mocne słowo, ludzie, którzy uczestniczą w kontrrewolucji stają się w tym kontekście niebezpieczni, ocierają się o zamach stanu (Znajdujemy się w czasie, w którym jesteśmy świadkami czegoś, co niektóre media i eksperci nie wahają się nazwać próbą zamachu stanu), dążą do obalenia władzy, są wywrotowcami, zagrażają porządkowi. Jeden z publicystów prawicowych (nie pomnę niestety który) wspomniał przytomnie, że to nie żadna kontrrewolucja, tylko przeciwny ciąg dla działań prorządowych, efekt hamowania, który nie ma żadnych konstruktywnych alternatywnych propozycji, w czym ma rację, niestety. Nie zaprzeczył jednak, że trwa jakaś rewolucja. Ale co to niby za rewolucja? To zwykłe konserwatywne cementowanie etatystycznego ładu, umacnianie fundamentów państwa, które ma działać według socjalno-partyjnego scenariusza.

Ulica mówi

    Skąd jednak mój irracjonalny niepokój, który wytknął mi w komentarzu w poprzednim wpisie steatopygofil? Bo nie tylko niesmaczy mnie budowanie bardzo trwałej wizji, która rzeczywiście tworzy obraz rewolucji politycznej wywracającej zastany nie-porządek polityczny, będący (z czym zresztą się zgadzam) czymś na podobieństwo burdelu, śmietnika, mafijnej piwnicy i przechowalni post-ubeków, ale i zabiera lub dezintegruje z dyskusji wszystkie inne wizje przemian, rewolucji, przebudowy, bo definicja „dobrej zmiany” jest przecież tylko jedna (inne muszą być przecież „złe”). Zresztą w tym momencie, gdy socjalistyczne pomysły rządu zmuszają do zastanowienia się nad przyszłością budżetu, wizja zrobienia jakiejś „większej rewolucji” się nie pojawia, bo większość ludzi nie wierzy, że to mogłoby coś jeszcze pchnąć do przodu w dobrobycie, coś więcej  zadziałać. Mało komu przychodzi do głowy by było to „coś mniej”, by dało się zrobić rewolucję przez kasowanie instytucji czy ich kompetencji, bo (każdy kolejny) rząd przyzwyczaja nas raczej do instytucjonalizowania wszelkich działań (czy WOŚP stała się wrogiem PiS przez brak kontroli nad nią lub nieprzymusowy charakter tej akcji solidarnościowej?). Nawet piłka nożna stała się teatrem działań rządowych, nie wspominając o samorządowych. „Rewolucja” jest więc teraz synonimem intensyfikacji działań instytucji i regulacji rządowych i gdy połączy się z tendencją utożsamiania, zawłaszczania czy „odzyskiwania” tego z monopojęciami jak prawo, sprawiedliwość, demokracja to potęguje mój niesłabnący od lat niepokój. I nie trwa on od roku, wystarczy poczytać, co pisałem o regulacyjnych pomysłach tuskowej koalicji kilka lat temu. W prasie też zresztą piszą, że nie będzie rewolucji w prawie, ale przecież o tym śpiewali już dawno temu…

18
Gru
16

Modelowe zawłaszczanie

    Zawłaszczanie obrazu czy słowa to bardzo ciekawy motyw codzienności politycznej i wbrew pozorom nie dotyczy on tylko czasów obecnych, wystarczy wspomnieć wielowiekową historię kościołów czy dość długi okres pączkowania socjalizmów (a tak na boku, to ciekawe, że akurat te dwa prądy można zestawić obok siebie jako podręcznikowy przykład mnożenia się i zawłaszczania jedynej, najprawdziwszej w ich mniemaniu prawdy). Jak bardzo to jest irytujące to aż trudno przekazać, czasem cisną się wręcz wulgaryzmy sporej mocy, gdy politycy i różne grupy usiłują definiować pewne pojęcia w sposób niepodlegający dyskusji, bo jak dyskutować z „definicją”?

    To bardzo niestety na czasie, dzisiaj nawet, w cieniu tego, co dzieje się w parlamentarnej małpiarni, gdy nazwa partii ma w mylny sposób definiować pewne pojęcia – nigdy nie byłem fanem PiS-u, jak i zresztą innych partii, ale zawsze śmierdziało mi nazwanie się w ten sposób. Brzmi to niemal jak oświadczenie z ust  Jahwe: „Jam jest alfą i omegą”; tu brzmi to wybitnie kuriozalnie, gdy mówią: „Jesteśmy prawem i sprawiedliwością”. Zanim do tego wrócę, przypomnę tylko, że nazwanie partii, która była akwarystycznym wręcz przedstawieniem nomenklatury funkcjonariuszy, menadżerów struktur gospodarczych i beneficjentów systemu, platformą obywatelską (!) było cynicznym żartem i to wybitnie nieśmiesznym. O wiele uczciwsze są takie efemerydalne twory jak Ruch Palikota czy Kukiz’15, których nazwy nie mówią nic o ich ideolo; SLD, które faktycznie było jakimś sojuszem odrzutków chcących przejąć władzę w sposób parlamentarny, a więc demokratyczny; .Nowoczesna, która być może zapowiada nowoczesną kradzież czy nowoczesną głupotę; czy PSL, które faktycznie obrazuje się jako stronnictwo „ludowców”, słabo ogarniętych chłopów z wąsami, i poczciwych bab – gospodyń wiejskich.

    Zawłaszczenie terminu prawa i sprawiedliwości, dla partii, która miałaby być ich ucieleśnieniem wydawało mi się żałosne, ale z drugiej strony zauważam, że to po prostu zaczyna działać. Chcąc nie chcąc stajemy się świadkami przeobrażania przez tą partię pojęcia definiowania prawa, a także dość specyficznego poglądu na sprawiedliwość (choć to nie znaczy, że ich poprzednicy tak nie robili – wręcz przeciwnie). Gdy więc prawo będzie przez nich i zreformowane na swoje widzimisię, i egzekwowane według własnych standardów, to stanie się ucieleśnieniem dążeń tej partii, podobnie ze sprawiedliwością, która nie ma wszak obiektywnego wzorca. Sprawiedliwe będzie to, co będzie zgodne z ich (dominującą) definicją sprawiedliwości.

    Nie działa to oczywiście, gdy próbujemy odwołać się do podstawy praw, którym dla mnie jest choćby prawo do samoposiadania, skutecznie dekonstruowane z użyciem instytucjonalnej przemocy przez państwo. Sprawiedliwym byłoby dla mnie też, gdybym to ja był stroną w dialogu z innymi obywatelami, w redystrybucji i wzajemnej pomocy, a nie by czynili to za mnie „przedstawiciele”, na których nie głosowałem i sądy operujące prawem stworzonym, by bronić struktur władzy i mechanizmów ją utrzymujących.

    Zawłaszczanie jest szczególnie mocno odczuwalne w obrazowaniu jedynie słusznego patriotyzmu, w tworzeniu mitologii z pewnych okruchów historii, a właściwie nawet zamiast historii. Potrzeba bycia ruchem, który tworzy mit o dziedzictwie i jednocześnie jest jego jedynym nosicielem, mit o spadkobiercach twórców polskiej (i jedynie słusznej) niepodległości, to potrzeba, która całkowicie niszczy dialog, bo to tak jakby to dziedzictwo było związane spisanym rodzinnym testamentem, jakby wystarczyło przekalkować nazwy przedwojennych lub okupacyjnych ugrupowań, by się nimi samoistnie stać. Ale temat tego zawłaszczania to zbyt długa ścieżka słów, by ją tu rozwijać.

    Na koniec tylko jeszcze puenta: „To my prezentujemy prawdę, demokrację i wolność. My jesteśmy partią wolności.” Cóż, to prawdziwy cytat z bieżących wypowiedzi, jeden z wielu zresztą kwiatków, które padają z ust bohaterów bełkotliwego dialogu ostatnich dni. Kto to powiedział? Czy to ważne? Wszyscy przecież mówią to samo.

19
Czer
16

Gra o beton trwa.

     Obchodzimy dziś pierwszą tygodnicę katastrofy referendalnej. Tak, teraz już mogę napisać, że ludzie tworzący Komitet Referendalny też trochę zapracowali na tą katastrofę, czasem faktycznie to wyglądało (jak napisał jeden z niewielu normalnych komentujących w „ED”), jakby jego twórcy bawili się tym referendum i mimo merytorycznych zarzutów, które przedstawili WueL’owi zawalili pracę u podstaw. Poza tym niepomny własnej sraczki po spożyciu ogromnej ilości toksycznych komentarzy zamieszczonych w „Echu Dna” przed referendum, niestety zrobiłem to po raz drugi – przyjąłem do swojej delikatnej psychiki te komentarze, które zostały opublikowane już po referendum. Ból głowy to mało powiedziane – to paraliż wąsa.

    Równie beznadziejnie jest z propagandą Lubawskiego, która wciąż jak walec toczy się powoli i niestety skutecznie, co dobrze zobrazowała frekwencja na referendum – ludziom jest nie dość, że obojętne (bo przecież wszystko w mieście działa), to uważają, że to dobry prezydent, który choćby „uporządkował centrum”; są światełka, granity i betony, po których można spacerować raz w tygodniu, jak się wyjdzie do miasta na lody, więc ogólnie po co go odwoływać i nabijać kapitał polityczny jakimś awanturnikom. Cóż, naprawdę poległa praca u podstaw, która nie uświadomiła ludziom jak działa układ personalny miasta i co dzieje się z pieniędzmi mieszkańców.

Ale przeczytałem także tekst zdecydowanie godny tytułu Wazeliny Roku – w czerwcowym biuletynie MPK pani prezes tejże szacownej, pałowanej i pacyfikowanej niegdyś przez Wojciecha firmy, Elżbieta Śreniawska, smaruje wazeliną odważnie i bezkompromisowo: Miasto przez ostatnie lata wypiękniało i stało się bardziej przyjazne dla mieszkańców. Wiele tych zmian dokonało się dzięki odważnym decyzjom i determinacji Prezydenta Kielc Wojciecha Lubawskiego(…). Ładnie posmarowane, ładnie. No to wrócę w takim razie do przystanków: głos w ich temacie odnosi się do ich zwykłej funkcjonalności i powoduje, że musimy zadać filozoficzne pytanie. Czy przystanki są dla pasażerów czy dla autobusów? Najbardziej kosztowną rzeczą w ich budowie była specjalne podbudowa, która ma zapobiegać odkształceniom terenu, jest to więc gest w stronę MPK, dla autobusów. Niepraktyczne wiaty, które nie chronią pasażerów przed deszczem, wiatrem i słońcem i nie oferują zbyt wielu miejsc siedzących dla starszych lub zmęczonych ludzi nie są dla firmy, która sprzedaje swe usługi transportowe prezydentowi, czyli dla MPK, tylko dla zwykłych ludzi, którzy są niezadowoleni z ich nieprzyjaznej natury, która wskazuje na to, że są one jednak dla autobusów, by miały się gdzie zatrzymać, a jedynie przy okazji dla pasażerów, by mogli do nich wsiąść. Cóż, ani pani Śreniawska, ani pan Lubawski nie jeżdżą autobusami,

Najnowszy numer mojego ulubionego agit-prop „Tygodnika Em” przynosi felieton niezawodnego przyjaciela prezydenta, p. Natkańca. Nie mogłem się go już doczekać, no i się nie zawiodłem. Ów ocierajmy się o nogawki prezydenta, wijący się u jego stóp, felietonista pisze, a właściwie smaga akapitami wrogów prezydenta w swoim stylu, nawiązującym do doskonałych leninowskich tradycji walki z kontrrewolucją: malkontenci, którzy próbowali odwołać jedynego słusznego prezydenta, powinni zapłacić za swoje referendum, jak to nazwał dosłownie, zapłacić za „swoje fanaberie”. Pan Natkaniec niestety nie odrobił lekcji, bo to właśnie za osobiste fanaberie Wojciecha chcieliśmy go odwołać, za rzeczy, za które nikt mu niestety nie każe płacić, tylko chcemy, by on z miejskiej kasy już tego nie robił – za lotnisko, za „Koronę”, za pomniki, za wycinanie drzew, za betonowanie miasta, za kontrowersyjne inwestycje. Nieśmiało przypomnę, że referendum kosztowało mniej niż 1 przystanek i mogło nas uratować od kolejnych przeboskich, błogosławionych inwestycji.

Na koniec zostawiam sam dar niebios, słowa Wielkiego Wygranego, spływające na mnie światłem niezmierzonym. Otóż Wojciech „Wąs” Wielki zadaje pytanie, które zżera go niesamowicie, nie pozwala spać spokojnie mimo wygranej, bo nie wyobraża sobie, że można jakąś inicjatywę sfinansować nie z publicznych, czy partyjnych pieniędzy, jak to on ma w swoim zwyczaju: I rzecz zasadnicza, której nie odpuszczę: kto naprawdę płacił za kampanię referendalną i w jakim celu? Tak, kontrrewolucja zawsze ma swoje korzenie gdzieś indziej, zawsze pada pytanie, o to, kto naprawdę za tym stoi. W związku z tym są i groźby: Jest grupa ludzi, która bada w tej chwili wszystkie wpisy na portalach społecznościowych. Moi drodzy badacze, którzy to czytacie: współczuję wam takiego zleceniodawcy i przełożonego. Za to sam Lubawski tkwi niezmiennie w samouwielbieniu i rzuca takie teksty, że wąs opada… W „Echu Dna” zacytowali jego soczystą wypowiedź: Wycinanie drzew, betonowanie miasta, wyjazd za granicę młodych – wszędzie robią to samo. Ot, tak po prostu. On bawi się miastem, układa klocki, tworzy jakąś osobistą wersję „Monopoly”, bo takie są reguły jego gry, w którą możesz zagrać albo wyjechać z miasta – no i co z tego, że wyjedziesz? Gra się toczy dalej.

10
Czer
16

Niedziela będzie dla nas, czyli żegnamy Lubawskiego

    Wojciech Lubawski jak zwykle stosuje kampanię, w której nie ma NIC merytorycznego. Tym razem broni swojej posady, publikując gdzie się da swoje banalne przesłanie „POPIERASZ MNIE – NE IDŹ NA REFERENDUM”, być może zdając sobie sprawę, że walka na wymianę argumentów mogłaby być dla niego bolesna, jeżeli nie w ilości głosów (bo niestety ma dość zdyscyplinowanych wyborców), to ukazałaby jego oczywistą miałkość i wąsatą nijakość. Mam nadzieję, że ta logika nie zawiedzie, że na referendum nie pójdą tylko ci, co popierają Lubawskiego, ostatnio było ich 35 000, więc pozostałe 125 000 pójdzie oddać swój głos. Każdy, kto na referendum nie pójdzie będzie musiał się liczyć z tym, że będzie potraktowany epitetem, dla mnie obraźliwym, iż jest poplecznikiem Lubawskiego, zgodnie z tym, co on sam proponuje. Promuje przede wszystkim nie posiadanie własnego zdania, zachęca do nie myślenia, do bierności i milczenia.

    Mam w domu kartkę pocztową (materiał sponsorowany ze środków prywatnych), podrzucaną kielczanom, na której jest zdjęcie fantasmagorycznie oświetlonego urzędu miasta z podpisem „Kielce – nasza duma”, ale choć muszę przyznać, że fotografia jest świetna – to nadrealistyczna, właśnie typowo pocztówkowa, przekoloryzowana, jak i cała prezydentura WueL’a. Blichtr, fashion, granit i nic poza tym.

    Ostatnie dni to sprytnie wyciągnięta afera z wyrokiem skazującym dla Maksa Materny. Sama historia jak to zwykle bywa w życiu, nieciekawa, jak setki innych, tylko problemem jest to, że jej bohaterem jest rzecznik Komitetu Referendalnego. Rozprawa odbyła się na tydzień przed referendum, dotyczyła zdarzenia z 2013 roku, oskarżony nigdy nie był przesłuchany w  związku z tą sprawą, nie został przez sąd powiadomiony o tej rozprawie, na której zapadł wyrok, nie został o niej powiadomiony też przez adwokata z urzędu. Sąd Rejonowy idealnie się wpisał w moment, tak wycyzelowany termin fantastycznie przysłużył się Lubawskiemu i jego masie zasiedziałych w urzędach przyjaciół – czy naprawdę trudno uwolnić się od paranoi, od wyjątkowo mocnego złudzenia nieprzypadkowości w tej sytuacji? Nie obchodzi mnie zbytnio Maks, jako osoba, jako właściciel knajpy, nie bywam u niego w klubie nawet na koncertach, więc dura lex, sed lex, ale… Ale to doskonałe odwrócenie uwagi od właściwej sprawy – od referendum; to przepyszna okazja, by sączyć gówniane komentarze na zupełnie inny temat, by dać pożywkę sępom z mediów i internetowym trollom.

    Jak zwykle moja ulubiona pro-lubawska agitka „eM Kielce” nie zasypia gruszek w popiele w obronie swojego mentora – przyjaciel Wojciecha, p. Natkaniec, współautor książki z nim napisanej, smaży felieton lukrujący dokonania prezydenta i wylicza jego dokonania. Cóż, 14 lat urzędowania z automatu niejako te zasługi przypisuje, coś przecież musiał robić w pracy przez te lata. Problem jest wciąż nieco inny – wiele, jeśli nie większość z tych inwestycji wykonano z funduszy unijnych, a projekty złożone zostały często wg osobistych aspiracji WueL’a, a nie są one często tym, czego oczekują mieszkańcy Kielc, no ale skoro nie podejmuje dialogu na ten temat, to wciąż chełpi się tym, że wbił łopatę nie swoimi rękoma. Stąd ten zrozumiały wkurw bezradności na to, jakie inwestycje w mieście są realizowane. Inną laurkę na zamówienie opublikowała gazeta „Pasażer” wydawana przez kieleckie MPK, a był to wywiad z radnym Borowcem, który wprost twierdzi, że organizatorom referendum  „nie uda się grać regułami demokracji”, bo demokracja ma na imię Wojciech i została ustanowiona w wyborach 2 lata temu.

    Ogromny niesmak aż do wyrzygu wywołuje to, co można wyczytać na forum „Echa dna” – ja wiem, że nie powinienem tam zaglądać, to samo mówili mi to moi rozsądni znajomi, gdy dzieliłem się z nimi swoimi wrażeniami, ale przy okazji artykułu o skazaniu M. Materny niestety się w to bagno zagłębiłem… To idealny, wręcz książkowy przykład i dowód tego, że istnieją ludzie, którzy dostają kasę za wylewanie pomyj na forach, za klepanie bzdur, za produkowanie i powielanie tak samo brzmiących wpisów, za bronienie Lubawskiego, za smarowanie gównem całej inicjatywy referendalnej i ludzi, którzy są z nią związani. Jakiej pokrętnej argumentacji trzeba użyć, by wyprowadzić tezę jednego z tematów tego forum – „Jesteś przeciwko lewakom – nie idź na ich referendum”, w sytuacji, gdy jednymi z jego inicjatorów byli też korwiniści, w obliczu tego, że Lubawski jest idealnym przykładem etatysty, który w socjalistyczny sposób czerpie pełnymi garściami z coraz wyższych podatków, gnębi przedsiębiorców i pielęgnuje urzędniczą pajęczynę powiązań? Można to zrobić chyba tylko za pieniądze, byle tylko naprodukować sztucznego smrodu.

    Całą postać i prezydenturę Lubawskiego dość dobrze charakteryzują 2 jego inicjatywy, o których jakoś rzadko wspomina: dość brutalna próba złamania strajku kierowców MPK przy pomocy wynajętych bandziorów z firmy ochroniarskiej w 2007 roku, pokazująca, że kompletnie nie interesuje go dialog i rozwiązywanie problemów, które psują jego wizję, by zresztą po latach cynicznie szczycić się tym, co osiągnęło kieleckie MPK (którego by pewnie nie było, gdyby udało mu się zrealizować jego ówczesne pomysły, a dziś woziłaby nas nie-kielecka Veolia). Drugim świetnym zobrazowaniem jego charakteru jest budżet obywatelski – inicjatywa, którą mocno zlewał przez pierwsze lata, gdy pojawił się ten temat. Czemu? Bo wymaga jakiegokolwiek dialogu z pospólstwem, zakłóca harmonię jego osobistej wizji, rozdaje inicjatywę anonimowym obywatelom. Teraz natomiast szczyci się tym sprawnie działającym mechanizmem jakby było to jego osobiste dzieło.

    Mam nadzieję, że to wszystko skończy się w niedzielę, że moimi sąsiadami i znajomymi nie są tylko „poplecznicy Lubawskiego”, którzy zostaną w domach by nie myśleć i nie mówić.

31
Maj
16

Polubawski refluks

   POLUBAWSKI REFLUKS. Jestem zniesmaczony panem Lubawskim, czuję zwykły niesmak i zgagę, no i stąd mój refluks. Dla tych, którzy nie znają tej medycznej terminologii napiszę wprost – najzwyczajniej chce mi się rzygać od tego co ten pan mówi, jakie działania inicjuje, czym sam się zajmuje, czego zaniechuje, a może przede wszystkim jaką atmosferę wokół siebie generuje. Atmosferę poparcia dla głupoty, ignorancji, pyszałkowatości, krętactwa, solidarności etatów i odepchnięcia lub wręcz poniżenia mieszkańców Kielc, jako partnerów do dialogu. Nie będę rozwijał całej historii (od tego są organizatorzy referendum), zamieszam tylko lekko patykiem w tych owocach refluksu. I choć nie chciałem pisać elaboratu, to i tak jest tego w cholerę. Problemem bowiem jest poza obrzucaniem się zarzutami, brak spojrzenia na głębokie dno (właśnie, dno) prezydentury i osoby WueL’a.

    BĘDZIE REFERENDUM! Po raz kolejny zainicjowano próbę odwołania p. Lubawskiego ze stanowiska prezydenta Kielc, z etatu, który zgodnie ze swoim budowlanym doświadczeniem obetonował w sposób niemal doskonały. Uczestniczą w tej inicjatywie różni ludzie i środowiska, dla których WueL nie jest ideologicznym wrogiem, bo akurat trudno mu przypisać nawet jakąś ideologię (gdyż popieranie postulatów pewnych partii politycznych nie będących samych w sobie czymś takim, nie jest dowodem na wyznawanie jakiejkolwiek linii ideologicznej), jest tylko osobą, której podległy etatystyczny aparat więcej szkodzi niż pomaga Kielcom. Zgodni w swym sprzeciwie wobec tej persony są ludzie, którzy również są zawodowymi i ideowymi etatystami (np. związani z SLD), sprzeciw dotyczy polityki miasta, jako formatu zarządzanego zbyt personalnie przez pana WueL; jest sprzeciwem wobec stylu zarządzania. Próba zorganizowania referendum się udała, odbędzie się w Kielcach 12 czerwca. Fantastycznie, fajerwerki, fala meksykańska!

    ODBIŁO MI SIĘ TERAZ TYGODNIKIEM „EM KIELCE”. W ostatnim numerze z 26 maja przeczytałem felieton p. P. Michalca, w którym próbuje udowodnić, że referendum nie ma sensu, podobnie zresztą jak sam Lubawski. Główną osią rozumowania jest umocowanie polityczne Wojciecha L. : „Po dojściu do władzy PiS, jako społeczność Kielc mielibyśmy odwołać Lubawskiego, który ma poparcie tej partii?”. Potem jest o braku wyobraźni autora felietonu, który sobie nie wyobraża nikogo innego współpracującego z ministerstwami PiSu i  z obecną Radą Miasta (zapominając o tym, że W.L. właśnie raczej słabo współpracuje z RM). I być może to najbardziej boli u popleczników prezydenta – ślepa wiara, brak wyobraźni, bezmyślna dyscyplina partyjna/samorządowa, zupełny brak przyswajania argumentów, które mówią o tym, jak Lubawski szkodzi Kielcom i jego mieszkańcom.

    IDEA REFERENDUM MA REALNE POPARCIE. To jest najwspanialsze, że jest to zapowiedź tego, że ludzie chcą wypowiedzieć się w swoim własnym imieniu w konkretnej sprawie, nie tak jak na wyborach – przekazać dość płynne, mało skonkretyzowane poparcie dla ugrupowań, które po uzyskaniu mandatów są tylko umownymi, lub wręcz mitycznymi „przedstawicielami”. Zorganizowanie takiego ruchu inicjatywnego, zrealizowanie oddolnych działań, poświęcenie swojego prywatnego czasu nie dla władzy, nie dla pieniędzy, to jest coś, czego Lubawski nigdy nie zrobił.

    REFERENDUM JEST TYLKO W SPRAWIE ODWOŁANIA LUBAWSKIEGO. Nie dotyczy wyboru innego prezydenta, wyłonienia nowego kandydata, jest działaniem mającym zwalczyć chorobę, a nie zaproponować inną w zamian. Lokalni politycy, dla których normalna jest praca z budżetem partyjnym, z mediami, ze wsparciem znanych person, z rzeszą wolontariuszy jako niemal  darmowych pracowników odwalających czarną robotę przy każdych wyborach, dla tych polityków jest niezrozumiałe, że ktoś chce skasować pionka na szachownicy, nie wskakując na jego pole. Mentalność gangów, które nigdy nie potrafią zostawić rewirów bez jakichkolwiek wpływów.

    LUBAWSKI NIE ZEBRAŁ ŻADNEGO GŁOSU POPARCIA, zrobili to za niego ci, którzy zbierali podpisy dla komitetów, z których startował. Porównywanie ilości głosów z wyborów w 2014 roku z tymi, które się znalazły na listach poparcia referendum jest najzwyczajniej idiotyczne – ogromna ilość błędów na nich wynikała z tego choćby, że trzeba tam podać dane (a wiem, że ludzie się tego najzwyczajniej boją, gdyż listy poparcia – inaczej niż głosy na wyborach, nie są anonimowe), a nie tylko postawić krzyżyk. W ogóle natomiast nie trzeba zbierać podpisów pod kandydaturą na prezydenta miasta, bowiem ten jest zgłaszany przez komitet wyborczy, który zarejestruje swoje listy w co najmniej połowie okręgów wyborczych. Za Lubawskiego robotę odwalili więc ci, którzy walczyli o stołek radnego, ci którzy są scementowani tym wieloletnim układem, etatystycznym perpetuum mobile, pracownicy urzędów, ich rodziny, ludzie związani ze spółkami samorządowymi lub z nimi współpracującymi. Z kolei dla mnie głos oddany w wyborach nie jest poparciem dla danej osoby: gdybym na przykład poszedł z jakimś osłabieniem umysłowym na ostatnie wybory prezydenta RP i zagłosował na Komorowskiego/Dudę i ktoś by mi później powiedział, że poparłem personalnie tego… kogoś, to bym musiał mu zwyczajnie strzelić w ryj. Głos w wyborach przekazywany jest układowi, jest wyrazem niemocy, jest bezradnym poddaniem się temu przedstawicielskiemu wynaturzeniu. Głosy oddane w wyborach są niemal równe za, co i przeciw. W przypadku Lubawskiego – były to po części głosy przeciw wszystkim pozostałym kandydatom; był to lęk przeciw zmianom, przeciw partyjnym rządom w mieście (niestety sporo ludzi „docenia” bezpartyjność WueL’a); były to głosy za status quo, za zachowaniem etatów; były to głosy za finansowaniem tych wszystkich nieistotnych dla rozwoju miasta bzdur, w których w końcu pracuje sporo ludzi; być może były to głosy kibiców Korony, obawiających się upadku klubu. Były to też głosy oddane „z przyzwoitości” przez tych, którzy dla „obywatelskiego obowiązku” chodzą na wybory. Ilu z nich rzeczywiście i świadomie wybrało „program” Wojciecha L. , ilu wybrało akurat jego na najważniejszego urzędnika w mieście? Być może mniej niż ci, którzy poparli ideę referendum. Sam głosowałem wtedy na przypadkowego kandydata, tylko po to, by ilością ważnych głosów dać szansę na zrównoważenie proporcji „Lubawski vs reszta”, by nastąpiła druga tura, poparłem więc tylko ewentualność odrzucenia WueL’a właśnie w drugiej turze. Nie udało się.

    DLACZEGO WARTO ODWOŁAĆ LUBAWSKIEGO? Choćby po to, by pokazać, że przedstawiciele w tej wersji demokracji jednak są odwoływalni – jako przestroga dla wszystkich pozostałych. Ale być może ważniejsze jest, by pokazać tym, którzy uwierzą w ideę referendum, że część władzy da się przejąć jednak w taki sposób, że nie jesteśmy tylko maszynkami do oddawanie swojego głosu raz na cztery lata, że można odzywać się także wtedy, gdy nas nikt nie pyta i gdy narasta jakiś problem, którego władza nie chce, nie umie rozwiązać lub robi to partykularnie. I w końcu odwołać po to, by poszukać innej drogi, gorzej już naprawdę być nie może.

    ŚRODKI PUBLICZNE SĄ WYKORZYSTYWANE DO CELÓW PRYWATNYCH PRZEZ LUBAWSKIEGO. Nie są to co prawda cele tak oczywiste jak wczasy czy nowy dom lub samochód, ale jego osoba na tym stanowisku realizuje prywatne pomysły, marzenia i wizje za publiczne pieniądze. Zysk nie jest materialny, ale czyż nie tak buduje się do dziś świątynie, plebanie i kaplice? One nie są w końcowym efekcie własnością proboszczów, nie są dziedziczone, ale większość z nich buduje je „pod siebie”, zgodnie tylko ze swoją wizją. Świecka, urbanistyczna świątynia p. Lubawskiego nie wygląda wcale bardziej ubogo, choć jej twórca nie pozłaca (na szczęście) dosłownie „swoich” dzieł. Widzimy jak kierunkowany jest „rozwój” Kielc, dokąd zmierzają osobiste ingerencje prezydenta, lub też czego nie dotyczą – stawia na wizerunkowość, budowanie marki Kielc (tu choćby „Korona”) i ich estetycznego oblicza (i w tym zakresie, a nie funkcjonalności może trzeba szukać fenomenu przystanków), pewne kierunki kultury, pomijając niemal całkowicie rozwój gospodarczy miasta i regionu (np. lotnisko jest wizją, nie mającą wpływu na realne miejsca pracy i dochody). Stąd mam czelność twierdzić, że WueL jednak wykorzystuje stanowisko do celów prywatnych, do zaspokajania własnych ambicji. To, że środki (np. unijne) są wykorzystywane zgodnie z prawem, że procedury są zachowane, nie zmienia faktu, że kierunek jest spersonalizowany, jest realizacją osobistych aspiracji.

    CZY LUBAWSKI NAPRAWDĘ NIE MOŻE SPRZEDAĆ „KORONY”? Ależ nie musi, bo już dawno ją sprzedał, nam, podatnikom. Staliśmy się jej niechcianymi właścicielami nie posiadającymi oficjalnych udziałów i nie mającymi głosu w radzie nadzorczej. Gdy ten pośrednik, zwany prezydentem miasta, odsprzeda komuś innemu ten klub sportowy, dostaniemy nawet za to pieniądze – w postaci kwot, których nie dołożymy w latach następnych. Gorzej niestety, gdyż z powrotem zabierze je nam Lubawski i zainwestuje w swoje kolejne projekty.

    CZY LUBAWSKI JEST CYNIKIEM? Te wszystkie niesamowite wykręty, wymyki, uniki i zaciemnienia związane ze sprzedażą „Korony” pokazują, że WueL świetnie wpisuje się w paradoks Epimenidesa, o tym, że zawsze kłamie – o tym, że czegoś nie może ujawnić, że niedługo, że rozmawia, że są inwestorzy, że jak się sezon skończy… On nie kłamie, obiecując sobie, że będzie zawsze trochę kłamał, mataczył dopóki tylko będzie mógł, byle tylko jak najdłużej trwała instytucja miejskiego klubu sportowego – on jest zwykłym cynikiem, który musi korzystać z narzędzia obłudy, by bronić wartości, których my, ciemny lud, nie jesteśmy w stanie docenić. Więc ja, ciemny lud, odmawiam współpracy z tym… wąsatym cynikiem.

03
Sty
16

Kęsy władzy – władza kusi – władza kąsa

   Dzieje się wiele w mediach od wyborów, oj dzieje niesamowicie wiele i sprawia to wrażenie, jakoby i w strukturach państwa tyleż się działo, ale to już jest tylko wrażenie. Miewam czasem ogromną ochotę usiąść przed klawiaturą i wysysać z tych awantur swoje toksyczne wnioski i spluwać równo po wszystkich, ale przechodzi mi zazwyczaj dość szybko, bo za każdym razem po chwilowym już tylko zastanowieniu dochodziłem zawsze do podobnej konkluzji – to nie jest wojna o moją sprawę, to jałowa bitwa o definicje, ale wciąż przeciwko mnie, wciąż przeciwko każdemu i naszej wolności, nie czuję się więc broniony przez „obrońców demokracji”. Innym wątkiem mogłaby być siła przekazu mediów różnych nurtów, co muszę przyznać ma duże znaczenie. I nie o siłę tylko chodzi, ale i o jakość – media prawicowe w zdecydowanej większości są po prostu kiepskie, ich publicyści mało przekonujący, styl przekazu – nijaki, choć przecież mają równie wiele do powiedzenia, równie wiele racji, co „media głównego nurtu”. Ale nie o tym.

   Przede wszystkim zupełnie poza mną rozgrywa się idiotyczny spór, czy raczej pyskówka o „państwo prawa”, a jest to dyskusja podobnego lotu jak rozważanie o tym, jaki hamburger jest wzorcowy, idealny lub kiedy powinien przestać być tak nazywany, gdy jest zwykłą bułką z mięsem – a hamburger objawiony jest jako oczywiste danie nowoczesnego obywatela/patrioty, bez refleksji nad tym, czemu to nie mogą być kopytka lub pierogi. Kto jak kto, ale entuzjaści poprzedniej władzy o smaku, higienie rządzenia lub tym bardziej o braku zepsucia nie wiedzą chyba za wiele. Żenujące jest krzyżowanie argumentacji, kiedy się skończyło, albo kiedy zaczęło się odradzać to mityczne „państwo prawa”, ta niesmaczna batalia o zawłaszczenie terminologii. Dyskurs ten popłynął w kierunku tak fałszywym, że zastanawia mnie przede wszystkim fakt jak bardzo ludzie, media i politycy dali się wciągnąć w tą międzypartyjną rozgrywkę o słowa, o duperele, o plasterek sera w bułce z mięsem. Zamiast pluć sobie w brodę, że mało kto, oprócz „prawdziwych antysystemowców” (żart – chodzi mi tylko o trzeźwo myślących), w 1997 roku głosował w referendum przeciw obecnej konstytucji, by odrzucić tak niedopracowany i wieloznaczny dokument, to większość teraz zastanawia się jakim sosem go doprawić. A unijny komisarz do spraw gospodarki cyfrowej i społeczeństwa Günther Oettinger mówi obecnie tak: „Wiele przemawia za tym, że będziemy musieli uruchomić kontrolę mechanizmu państwa prawa i postawić Polskę pod nadzorem” i kto wie, czy zapisy konstytucyjne nie obligują nas do pozwolenia na takie procedury.

[instalacja artystyczna na jednej z kieleckich uliczek]

   Bo tak właściwie dlaczego wzorcem, wokół którego toczy się batalia jest hamburger, jest owo „państwo prawa”? Dla mnie ten twór słowny to nic innego jak określenie pewnego rodzaju prawa własności, formy posiadania charakterystycznej dla „demokracji przedstawicielskiej” – to jest państwo w czystej postaci, państwo prawa (do) dominacji, struktura przejęta przez pewną grupę polityczną i wykorzystująca prawo do realizacji swoich założeń. Więc o co ten krzyk? O to, że PiS (mówiący przynajmniej o tym wprost) , który tworzy rząd de facto został poparty tylko przez 18% dorosłych obywateli i budzi to niesmak? Naprawdę to właśnie budzi niesmak, podobnie jak to, że poprzednia ekipa zajadała się ośmiorniczkami? A nie budzi obrzydzenia fakt, że cała ta struktura, niezależnie od przywództwa, jest czysto bandyckim zagarnięciem wolności i własności każdego „obywatela”? Obrzydzenie budzi fakt wpierdalania ośmiorniczek, a uzurpacja bycia „przedstawicielem”, pasożytowanie jako urzędnik regulacyjny, jako zawodowy polityk, wymuszanie, haracze, kradzieże, kontrola i indoktrynacja, czyli to co jest zwyczajną procedurą każdego państwa, każdej demokracji przedstawicielskiej, już tego obrzydzenia nie budzi?

   Fascynującą kwestią jest samo „posiadanie” władzy – jak można przejąć ją na własność, kto jest jej posiadaczem, dlaczego jest zbywalna albo raczej czy może wrócić na wolny rynek wymiany, by każdy mógł stać się jej „udziałowcem”. Gdyby wg ordynarnej terminologii parlamentarzyści faktycznie byli naszymi przedstawicielami, to wybory byłyby zwykłym terminowym zbyciem akcji władzy na giełdzie polityki, a posłowie radą nadzorczą wybierającą (za-)rząd. Co się dzieje w takim razie z połową akcji, które są własnością tych, którzy nie biorą udziału w podziale władzy nie głosując na wyborach? Ktoś zarządza tym dobrem wbrew właścicielom? K. Wyszkowski, prawicowy celebryta, wypowiedział na dniach znamienne zdanie: „nowa władza wbrew jękom właścicieli III RP i tego starego układu będzie kontynuowała marsz na rzecz odbudowy Polski i realizowała patriotyczne marzenia” – potwierdza po pierwsze, że operuje się w tym dyskursie pojęciem własności, po drugie podpowiada coś niepokojącego, a mianowicie, że przejęcie władzy nie służy obywatelom, usprawnianiu im życia, realizacji obietnic wyborczych, a jedynie spełnianiu marzeń „patriotów u władzy” (poprzednia ekipa zapewne spełniała marzenia „nowoczesnych Europejczyków”). Ohyda.

   Prawo własności w kontekście władzy jest bardzo rozbudowanym wątkiem, można go ciągnąć w nieskończoność, w nawiązaniu do powyższego można zadawać niezliczone pytania, np. czy korumpowanie urzędnika jest wersją VIP, w przypadku, gdy i tak pracuje w urzędzie, który jest naszą współwłasnością? Albo dalej i już całkiem na poważnie: czy instrumenty władzy są własnością udziałowców/wyborców czy też już tylko ich przedstawicieli? Praktyka pokazuje, że tylko to drugie. Ale mi po głowie chodzi jeszcze jedna rzecz. Od razu po urodzeniu rodzice dowiadują się, że ich dziecko zostało przejęte na własność przez państwo – zostaje mu nadany PESEL, zostaje zameldowane, przypisane do obowiązków szczepień, później do obowiązku szkolnego, w międzyczasie rodzicom grozi z różnych przyczyn odebranie praw do opieki i dzieje się to całkowicie automatycznie. O pomoc, zasiłki lub ulgi ze strony państwa trzeba już walczyć, składać wnioski, deklaracje, nic nie dzieje się automatycznie i na stałe. Analogiczną aktywnością przywłaszczana wydaje się być chrzest – uległość rodziców sprawia, że dziecko zostaje statystycznym katolikiem, tu jednak pewna skomplikowana procedura apostazji może to anulować, bez tego jednak stajemy się na zawsze obywatelem kościoła. Niestety nie daje nam to paszportu Watykanu, a szkoda, bo to wg pewnych interpretacji jedyna współczesna bezpaństwowa społeczność – LINK.

   To jest właśnie chyba to, o czym ponad 100 lat temu pisał Sorel – „siła publiczna”, władza w użyciu, w działaniu. To przeciw temu próbował nakierować tworzony przez siebie mit „strajku generalnego”, powszechnej odmowy współpracy, ale mit ten do dziś pozostał utopią. Dziś, jak i przed wiekiem, „siła publiczna” jest przedmiotem zmieniającym tylko właściciela, nikomu nie przychodzi do głowy, by ją po prostu zneutralizować.