20
Lip
18

Regulowanie procentów nie tylko w bankowości

    Galopada regulacji, czy też raczej urządzania, sięga coraz dalej, do obszarów życia, które wydawałoby się, że są poza ogólną strategią władzy. W ten sposób bowiem jeszcze można tłumaczyć personalizację kart pre-paid do telefonów (bo „terroryzm”) czy zakaz handlu w niedzielę, który właśnie dotyczy teoretycznie jakiejś strategii, regulacji rynkiem pracy i handlu, a tylko rykoszetem (choć wielkiej mocy) sięga do ograniczenia obszaru codziennej ludzkiej aktywności czy też formy spędzania czasu wolnego. Ostatnio jednak nowelizacja ustawy o wychowaniu w trzeźwości dała potężne narzędzie samorządom, które w poczuciu własnej nieomylnej wiedzy korzystają z niego w sposób ocierający się wręcz o szaleństwo. Coraz częściej bowiem słyszy się o miejskich czy gminnych uchwałach, które wykorzystując to ustawowe narzędzie wprowadzają częściową prohibicję obowiązującą w godzinach nocnych. Informacje o tym docierają z wielu części kraju, jeden z ostatnich newsów o tym pojawił się w kontekście Poznania i ograniczenia dotyczącego centrum miasta, a zamierzeniem takiego kroku jest pewnie uczynić to samo, co kilka lat temu chcieli osiągnąć samorządowcy Wrocławia. Wtedy chodziło bowiem o uzyskanie większej kontroli nad centrum miasta w godzinach wieczornych, „skanalizowanie” zabawy połączonej z alkoholem wyłącznie do lokali gastronomicznych, jednak wtedy nie udało się przepchnąć takiej uchwały miejskiej, została bowiem zablokowana przez wojewodę, jednak z przyczyn wyłącznie proceduralnych. Temat jednak wrócił i to z hukiem, jest bowiem nowe prawo.

    W marcu weszła w życie nowelizacja ustawy o wychowaniu w trzeźwości, której jedną z głównych zmian jest większe skonkretyzowanie dotyczące zakazu picia w miejscu publicznym, a także prezent dla samorządów w postaci narzędzia, dzięki któremu są w stanie tworzyć „strefy prohibicyjne”. Efektem tego jest jedna bardzo niepokojąca rzecz: rozbudowany zakaz picia poza lokalami gastronomicznymi zaczął działać niemal wszędzie, właściwie nie dotyczy tylko prywatnych posesji, gdyż tak interpretowane jest pojęcie „miejsca publicznego”. Inne miejsca mogą być przez urzędników wydzielane i z takiej właśnie opcji skorzystali warszawscy radni, by bulwary nad Wisłą uczynić miejscem bez restrykcji, być może jedynym w Polsce, przywoływanym zresztą jako przykład przez wszystkie media. Miejsce, w którym zapewne nie może przebywać więcej niż kilkaset osób jako jedyne miejsce w całym kraju, gdzie legalnie poza domem i barem można otworzyć piwo? Porażające.

    Obecnie ten obłęd regulacyjny ogarnął radnych krakowskich, którzy pędem husarii chcieli rozbić uchwałą demoralizację i przywrócić estetyczny ład i porządek w mieście proponując nocna prohibicję w 13 z 18 dzielnic tego miasta! Nie chodziło więc tylko czasowo o sytuacje „kryzysowe”, jak światowe dni młodzieży, dni meczy ligowych, czy geograficznie o centrum czyli stare miasto, ale niemal o całe kilkusettysięczne miasto, które miałoby stać się obiektem niebywałego eksperymentu na mieszkańcach, dziesiątkach tysięcy studentów i pracowników tymczasowych, oraz na tej niezmierzonej masie turystów. Projekt ten jest czymś o wiele większym niż zwykły „zakaz sprzedaży”, to można nazwać raczej projektem Wielkiej Izolacji, bowiem alkohol po godzinie 22 w sklepach czy na stacjach benzynowych miałby być zasłaniany przed wzrokiem ludzi chcących się zdemoralizować poprzez spożycie tej substancji. Uchwała jednak przepadła w pierwszym czytaniu, okazało się jednak, że przy okazji radni zgodnie z wymogami ustawy utrudnili życie podmiotom handlującym alkoholem, tworząc wymóg zdobycia 3 różnych koncesji zależnie od mocy sprzedawanego alkoholu i gdy liczbowo limit ilości dostępnych pozwoleń się zwiększył, to sumując je – ich ilość diametralnie spadła, a dodatkowo wymóg objął handel piwem. W dyskusjach o tej uchwale mówiło się o „walce z menelstwem”, ale nie oszukujmy się – żuli śpiących na ławkach nie obejmie ta regulacja, a alkoturystów z Anglii też, bo ich stać na alkohol knajpiany. Co więc ta uchwała miała stworzyć pozytywnego oprócz regulacji handlowych?

    Co właściwie ma na celu ta ustawa właściwa, na którą powołują się samorządy w swoich regulacyjnych dążeniach? Jej preambuła jest dość wymowna, nic się nie zmieniła chyba od 1982 roku, gdy ta ustawa była pisana: Uznając życie obywateli w trzeźwości za niezbędny warunek moralnego i materialnego dobra Narodu, stanowi się, co następuje: (…) Bardzo mocne stwierdzenie, które bardzo dużo mówi o tym, jak jesteśmy traktowani przez państwo niezależnie od obowiązującego systemu, od stylu zarządzania, od ideologii i nazwy partii – podejrzewam zresztą, że obecnie rządząca partia tak właśnie sobie wyobraża swoją misję obrony przed zdemoralizowaniem i alkoholową pauperyzacją. Aż wręcz chce się sięgnąć do foucaultowskich rozważań, które opisują narzędzia „medycyny społecznej”, w których chyba pojawia się określenie „odmowa widzenia”, dość dobrze obrazujące cele tych prohibicyjnych kroków. Ustawa dąży do izolowania ludzi pijących od niepijących, trzeźwych od pijanych, do ukrycia ich w barach lub przestrzeniach zamkniętych (a niech będą to nawet warszawskie bulwary), a nawet do izolowania nocą kupujących pepsi od tych kupujących piwo, stąd też to zasłanianie towaru z procentami. Podobnie przecież działa (niesprecyzowany) prawie-zakaz pół-negliżu czyli chodzenia bez koszulki po mieście – istnieje co prawda jedynie mało konkretny paragraf w Kodeksie Wykroczeń o wybryku nieobyczajnym, ale samorządy prowadziły aktywnie kampanię o „przestrzeganie pewnych norm estetycznych”, czyli działanie właśnie w ramach tej „odmowy widzenia”, a za granicą, np. w Chorwacji, jest to już sankcjonowane prawnie. W niektórych środowiskach undergroundowo-punkowych działa to bez żadnych paragrafów – dla mężczyzn na koncertach czy obozach integracyjnych działa zakaz zdejmowania koszulek, gdyż jest to przejawem „agresywnej seksualności”. Jeżeli chodzi jeszcze o ograniczanie alkoholu w przestrzeni niestety świetnie to funkcjonuje na polskich oficjalnych festiwalach muzycznych, gdzie nie dość, że nie wolno wnosić swoich napojów (nie pamiętam czy w ogóle, czy napoczętych), to alkohol wolno kupować i spożywać tylko w zamkniętych strefach, oddalonych oczywiście od części koncertowej (to opieram na swoich wspomnieniach z OFFestiwalu). Jak zwierzę w klatce, tak się czułem, między koncertami stłoczony na tej ciasnej przestrzeni, pod czujnym okiem ochroniarzy, by po szybkim wypiciu piwa uwolnić się z tego więzienia i popędzić pod którąś ze scen.

    Bardzo podobne działania polityki izolacji w przestrzeni prowadzi od wielu lat Straż Miejska, która chroniąc prestiż czy jakąś estetykę miejsc publicznych prowadzi kampanie przeciw drobnym handlarzom przysłowiowej pietruszki. Oczywiście jest na to paragraf dotyczący handlu w miejscu niedozwolonym, ale jestem przekonany, że jest to efekt polityki usuwania z widoku publicznego handlarzy psujących sterylność miasta, podobnie jak i żebraków. Sama zaś Straż Miejska to największy chyba wrzód polityki samorządowej w kwestii urządzania miasta – instytucja, która w żaden sposób nie poprawia bezpieczeństwa ani funkcjonalności miasta.

    A dla przypomnienia klimatu z lat, gdy alkohol (poza piwem, bo nie było traktowane jako alkohol) można było kupić dopiero od godziny 13-ej piosenka Shakin Dudi:

Kolejka jak zwykle ustawiła się

Wszyscy tu mnie znają, ja ich też

Odliczoną forsę lekko w ręku mnę

Przede mną trzydziestu, nie jest źle

Za 10 minut trzynasta

Za 10 minut trzynasta

Za 10 minut trzynasta

Zapalam klubasa, ręka lekko drży

Och nie lubię czekać, słabo mi

Przyszli Staś i Maniek, oni mają gest

Ćwiczymy alpagę, fajnie jest

Już za 5 minut trzynasta

Już za 5 minut trzynasta

Już za 5 minut trzynasta

Trzynasta wybiła, wstaje nowy dzień

Ruszyła kolejka, wszystkim lżej

Życie po trzynastej tu zaczyna się

Poproszę trzy flaszki, nie, pięć!

Reklamy
26
Paźdź
17

Fotografie z Abu Ghraib – reprodukcje z Polski…

    Nie wiem jak czuje się człowiek, gdy odnajduje w jedzeniu posmak trucizny, ani tym bardziej gdy nabiera świadomości, że ta trucizna zaczyna działać. Ale taki mam właśnie posmak zatrucia czy niesmak trawiąc to, co „się mówi” czy „się pisze”, po tym gdy pewien mężczyzna przez próbę samospalenia złożył się na ołtarzu polityki, tej najprymitywniejszej – personalizującej partie i nadającej im byt wręcz osobowy, charakterologiczny; polityki, która czyni miłość lub nienawiść do partii zupełnie ślepą, która sprawia, że i KOD i PiS i im podobne są równie odrażające. Minęło kilka dni od tego tragicznego wydarzenia pod PeKiNem w Warszawie i chyba czuję truciznę, która powoli się rozpuszcza. Stało się, to nie pierwszy taki przypadek, inne z kolei nie miały formy autoagresji, ale przybrały formę ataków np. na posłów czy ich biura [zupełnie inną sprawą jest stwierdzenie pewnej konsekwencji – gdy państwo staje się nadmiernie opresyjne, zbyt agresywne przez swoje proceduralne mechanizmy, to jego funkcjonariusze powinni zrozumieć, że może wywołać to równoważną reakcję] czy śmierci niewinnego człowieka na komisariacie policji. Ten przypadek ogniowy jednak zaczyna już żyć swoim życiem, stał się w niezamierzony sposób podobny do ponurej historii fotografii z Abu Ghraib, tyle, że na tle tej naszej tragedii ludzie wciąż robią sobie takie umowne fotografie. Jedni z lubością organizują publiczne odczyty manifestu ofiary tego samospalenia, drżąc z podniecenia*, że wymieniono tam z imienia partię, która została obwiniona o wywołanie tego czynu, w sposób symboliczny fotografują się (a być może rzeczywiście strzelają sobie prawdziwe fotki przy zniczach pod PeKiNem) z tym płonącym mężczyzną, a niektóre ich gesty wyglądają tak, jakby na tych nie-fotografiach stali z zaciśniętymi pięściami za płonącą postacią. Cieszą się jednocześnie, że można dopisać ten wątek do tej debilnej międzypartyjnej debaty. Drudzy, ci wywołani z imienia na ulotce, w cyniczny sposób robią sobie identyczne umowne fotografie przy płonącym człowieku, wyciągając rękę celującą w adwersarzy – „to wasza manipulacja, wasze kłamstwa, wasza totalność w opozycji prowadzi do takich tragedii”. To kolejna nie-fotografia z długiego cyklu „zbudujmy fundament na trupach”, gdzie oprócz najbardziej znanej katastrofy samolotowej jest też atak na poselskie biuro PiS, gdzie zginął jego pracownik. Są też inni, którzy używają śmierci i zwłok jako narzędzia prezentacyjnego, eksponując ich sfotografowane fragmenty na „wystawach” obwoźnych eksponowanych na eksterytorialnych terenach parafii, jak nie tak dawno w Kielcach, przed którymi spacerują wierni przed niedzielnym obiadem, być może czując moc przewagi moralnej na tle tych krwawych fotografii – „Mamy rację [pokazując to], gdyż to oni są zbrodniarzami” [poniekąd rozumiem więc emocje, które targnęły Maksymilianem M., gdy dokonał obywatelskiego aresztowania wystawy i zaniósł ją na policję. I tym samym sam stał się ormo-policjantem, a na dodatek ormo-prokuratorem, mimo własnych niemiłych doświadczeń z takimiż organami]. Narzędzie jest to samo – odhumanizowane, okrutne fotografie, ujęcia wykorzystane jako nagłówek, opowieść.

[EDIT 29.10. – mężczyzna zmarł w szpitalu, a zgodnie z obecnym trendem pojawiają się kolejne „selfie z tragedią”, jak choćby tekst p. Karnowskiego, który chyba zapomina do czego w swej wypowiedzi wykorzystał tą smutną historię jeden z ministrów, a sam wylewa kolejną taczkę z dziennikarskim nawozem do ogrodu ohydy, choćby sugerując, że pogrzeb będzie partyjno-sorosowym teatrzykiem]

* część młodzieńczej fascynacji punk rockiem (nie ukrywam) polegała na tym, że w latach 80-tych były w tych tekstach wulgaryzmy, złość, pogarda dla „autorytetów”, czyli to, czego nie było gdzie indziej, nawet w literaturze. Teraźniejsza dziecięca fascynacja to przeczytanie na głos testamentu niedoszłej ofiary z nazwą partii.
10
Kwi
17

Wątpliwości naczelnego funkcjonariusza

   Czytając dzisiaj info różne, trafiam na skrót przemówienia najważniejszego funkcjonariusza w państwie. Przemawiają przez niego różne wątpliwości, jakby się wahał, czy służy po dobrej stronie. W przemówieniu zadaje pytanie „Po co istnieje państwo?”. Z ciekawości włączam film z tego przemówienia, masochizm, ale brnę dalej, bo jak zwykle ów pan, który ma dość znane nazwisko, mówi w rzeczywistości coś innego, niż było użyte jako „cytat” na którymś-tam portalu. Zadaje faktycznie to pytanie, ale jego późniejsza odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje, nie ukrywam. Brzmiało to w oryginale tak:

   „Trzeba sobie zadać pytanie, po co istnieje państwo? Po co ono w ogóle jest? Jako twór. Jest po to, aby mogła istnieć władza, czy jest po to żeby było na mapie, czy jest po to żeby było się o czym uczyć na lekcjach geografii? Otóż proszę państwa – nie. Państwo jest po to, by służyć obywatelom, by bronić obywateli, by realizować ich interesy, z których jednym z najważniejszych jest bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo i sprawiedliwość.”

   Trudno odczytać ze słuchu, czy po stwierdzeniu „Jest po to, aby mogła istnieć władza” jest kropka, czy dalszy ciąg zdania ze znakiem zapytania na końcu. A może jednak jest kropka? I wtedy odpowiedź zdaje się być jasna i prosta.

   Ale raczej nie; w tej wypowiedzi nie broni też państwa, broni tylko jego aroganckiego aparatu, który w imię wielokrotnie wycieranych o mordy funkcjonariuszy idei bezpieczeństwa i sprawiedliwości wiele może tym obywatelom zabrać w ich osobistej czy gospodarczej przestrzeni. I nieistotne z której partyjnej mafii akurat rządzą. Jak choćby w przypadku ostatnio opisywanej agonii spółki MGM, zamordowanej z zimną krwią przez bezideowy Urząd Kontroli Skarbowej. W imię bezideowego bezpieczeństwa (bo nie sądzę, że sprawiedliwości) wsadza do więzień ludzi, którzy konsumują lub tylko posiadają niekoncesjonowane używki. Lub grożą więzieniem tym, którzy za pomocą takich środków chcą się leczyć. Zdecydowanie w imię sprawiedliwości będziemy za chwilę już płacić podatek pogłówny, z którego finansowane mają być media rządowe. Nie interesuje mnie, który to rząd, bo nie interesują mnie te media, ale w imię sprawiedliwości będę musiał płacić kolejny podatek, by utrzymać tą medialną infrastrukturę, bo przecież nie za treści, z których nie korzystam. Nie wiem więc o jakich moich interesach mówił ów pan na państwowej uroczystości.

   Ale ten przemawiający funkcjonariusz poruszył temat odwiecznej dychotomii, w której ugięci pod przemocą i przymusem tracimy wybór: wolność czy bezpieczeństwo? Zostaliśmy zmuszeni do korzystania jedynie ze zbioru wartości powiązanych z bezpieczeństwem, często niestety nie osobistym, ale społecznym, publicznym, państwowym. Przed aparatem mającym zapewnić nam bezpieczeństwo nikt już nas nie broni. A do zbioru z zakresu wolności sięgamy często na własne ryzyko.

27
Gru
16

Tu nie będzie rewolucji… ani kontrrewolucji

    Jak rozpoznać kto jest obrońcą konstytucji, a kto obrońcą demokracji? To pytanie sugeruje oczywiście, że w takim razie istnieją wrogowie tych domniemanych wartości (dla obrońców, oczywiście – dla mnie wartość tych frazesów jest dość iluzoryczna), którzy dążą do ich destrukcji. Sugeruje też, że nie można być jednocześnie obrońcą jednego i drugiego, a także, że jakoby istniała konieczność postawienia się po którejś ze stron. Jednak to pytanie skonstruowane jest wg schematu dominującego w aktualnej mainstreamowej dyskusji o polityce (bardzo podobnie jak pytanie, na które nie da się odpowiedzieć „tak” lub „nie” – Czy przestał pan już brać łapówki?). Miałem pomysł, by wrzucić obok siebie garść cytatów, które bez podania autora i celu ataku werbalnego pokazałyby miałkość i identyczną retorykę opozycji i partii rządzącej. My nie będziemy się temu biernie przyglądać. Przygotowujemy się do wyjścia na ulicę i policzenia się. – czyż ta deklaracja nie brzmi tak, jakby opozycji skończyła się cierpliwość? Nic bardziej mylnego; obydwie strony mówią to samo i tak samo. Koniec końców nie chciało mi się wałkować tych wszystkich niusów, artykułów, felietonów by to zrealizować.

Prawda wychodzi po latach…

    Padła w różnych mediach teza o kontrrewolucji, którą rozkręca opozycja – jakże niesamowite jest to przekłamanie przez podanie w domyśle ukrytego faktu, że obecnie trwa jakaś rewolucja, która oczywiście jest tożsama z „dobrą zmianą” (czyż nie brzmi to równie uroczo jak „rewolucja kulturalna”? Ciekawe czym rządowi specjaliści od PR się inspirują). To mocne słowo, ludzie, którzy uczestniczą w kontrrewolucji stają się w tym kontekście niebezpieczni, ocierają się o zamach stanu (Znajdujemy się w czasie, w którym jesteśmy świadkami czegoś, co niektóre media i eksperci nie wahają się nazwać próbą zamachu stanu), dążą do obalenia władzy, są wywrotowcami, zagrażają porządkowi. Jeden z publicystów prawicowych (nie pomnę niestety który) wspomniał przytomnie, że to nie żadna kontrrewolucja, tylko przeciwny ciąg dla działań prorządowych, efekt hamowania, który nie ma żadnych konstruktywnych alternatywnych propozycji, w czym ma rację, niestety. Nie zaprzeczył jednak, że trwa jakaś rewolucja. Ale co to niby za rewolucja? To zwykłe konserwatywne cementowanie etatystycznego ładu, umacnianie fundamentów państwa, które ma działać według socjalno-partyjnego scenariusza.

Ulica mówi

    Skąd jednak mój irracjonalny niepokój, który wytknął mi w komentarzu w poprzednim wpisie steatopygofil? Bo nie tylko niesmaczy mnie budowanie bardzo trwałej wizji, która rzeczywiście tworzy obraz rewolucji politycznej wywracającej zastany nie-porządek polityczny, będący (z czym zresztą się zgadzam) czymś na podobieństwo burdelu, śmietnika, mafijnej piwnicy i przechowalni post-ubeków, ale i zabiera lub dezintegruje z dyskusji wszystkie inne wizje przemian, rewolucji, przebudowy, bo definicja „dobrej zmiany” jest przecież tylko jedna (inne muszą być przecież „złe”). Zresztą w tym momencie, gdy socjalistyczne pomysły rządu zmuszają do zastanowienia się nad przyszłością budżetu, wizja zrobienia jakiejś „większej rewolucji” się nie pojawia, bo większość ludzi nie wierzy, że to mogłoby coś jeszcze pchnąć do przodu w dobrobycie, coś więcej  zadziałać. Mało komu przychodzi do głowy by było to „coś mniej”, by dało się zrobić rewolucję przez kasowanie instytucji czy ich kompetencji, bo (każdy kolejny) rząd przyzwyczaja nas raczej do instytucjonalizowania wszelkich działań (czy WOŚP stała się wrogiem PiS przez brak kontroli nad nią lub nieprzymusowy charakter tej akcji solidarnościowej?). Nawet piłka nożna stała się teatrem działań rządowych, nie wspominając o samorządowych. „Rewolucja” jest więc teraz synonimem intensyfikacji działań instytucji i regulacji rządowych i gdy połączy się z tendencją utożsamiania, zawłaszczania czy „odzyskiwania” tego z monopojęciami jak prawo, sprawiedliwość, demokracja to potęguje mój niesłabnący od lat niepokój. I nie trwa on od roku, wystarczy poczytać, co pisałem o regulacyjnych pomysłach tuskowej koalicji kilka lat temu. W prasie też zresztą piszą, że nie będzie rewolucji w prawie, ale przecież o tym śpiewali już dawno temu…

18
Gru
16

Modelowe zawłaszczanie

    Zawłaszczanie obrazu czy słowa to bardzo ciekawy motyw codzienności politycznej i wbrew pozorom nie dotyczy on tylko czasów obecnych, wystarczy wspomnieć wielowiekową historię kościołów czy dość długi okres pączkowania socjalizmów (a tak na boku, to ciekawe, że akurat te dwa prądy można zestawić obok siebie jako podręcznikowy przykład mnożenia się i zawłaszczania jedynej, najprawdziwszej w ich mniemaniu prawdy). Jak bardzo to jest irytujące to aż trudno przekazać, czasem cisną się wręcz wulgaryzmy sporej mocy, gdy politycy i różne grupy usiłują definiować pewne pojęcia w sposób niepodlegający dyskusji, bo jak dyskutować z „definicją”?

    To bardzo niestety na czasie, dzisiaj nawet, w cieniu tego, co dzieje się w parlamentarnej małpiarni, gdy nazwa partii ma w mylny sposób definiować pewne pojęcia – nigdy nie byłem fanem PiS-u, jak i zresztą innych partii, ale zawsze śmierdziało mi nazwanie się w ten sposób. Brzmi to niemal jak oświadczenie z ust  Jahwe: „Jam jest alfą i omegą”; tu brzmi to wybitnie kuriozalnie, gdy mówią: „Jesteśmy prawem i sprawiedliwością”. Zanim do tego wrócę, przypomnę tylko, że nazwanie partii, która była akwarystycznym wręcz przedstawieniem nomenklatury funkcjonariuszy, menadżerów struktur gospodarczych i beneficjentów systemu, platformą obywatelską (!) było cynicznym żartem i to wybitnie nieśmiesznym. O wiele uczciwsze są takie efemerydalne twory jak Ruch Palikota czy Kukiz’15, których nazwy nie mówią nic o ich ideolo; SLD, które faktycznie było jakimś sojuszem odrzutków chcących przejąć władzę w sposób parlamentarny, a więc demokratyczny; .Nowoczesna, która być może zapowiada nowoczesną kradzież czy nowoczesną głupotę; czy PSL, które faktycznie obrazuje się jako stronnictwo „ludowców”, słabo ogarniętych chłopów z wąsami, i poczciwych bab – gospodyń wiejskich.

    Zawłaszczenie terminu prawa i sprawiedliwości, dla partii, która miałaby być ich ucieleśnieniem wydawało mi się żałosne, ale z drugiej strony zauważam, że to po prostu zaczyna działać. Chcąc nie chcąc stajemy się świadkami przeobrażania przez tą partię pojęcia definiowania prawa, a także dość specyficznego poglądu na sprawiedliwość (choć to nie znaczy, że ich poprzednicy tak nie robili – wręcz przeciwnie). Gdy więc prawo będzie przez nich i zreformowane na swoje widzimisię, i egzekwowane według własnych standardów, to stanie się ucieleśnieniem dążeń tej partii, podobnie ze sprawiedliwością, która nie ma wszak obiektywnego wzorca. Sprawiedliwe będzie to, co będzie zgodne z ich (dominującą) definicją sprawiedliwości.

    Nie działa to oczywiście, gdy próbujemy odwołać się do podstawy praw, którym dla mnie jest choćby prawo do samoposiadania, skutecznie dekonstruowane z użyciem instytucjonalnej przemocy przez państwo. Sprawiedliwym byłoby dla mnie też, gdybym to ja był stroną w dialogu z innymi obywatelami, w redystrybucji i wzajemnej pomocy, a nie by czynili to za mnie „przedstawiciele”, na których nie głosowałem i sądy operujące prawem stworzonym, by bronić struktur władzy i mechanizmów ją utrzymujących.

    Zawłaszczanie jest szczególnie mocno odczuwalne w obrazowaniu jedynie słusznego patriotyzmu, w tworzeniu mitologii z pewnych okruchów historii, a właściwie nawet zamiast historii. Potrzeba bycia ruchem, który tworzy mit o dziedzictwie i jednocześnie jest jego jedynym nosicielem, mit o spadkobiercach twórców polskiej (i jedynie słusznej) niepodległości, to potrzeba, która całkowicie niszczy dialog, bo to tak jakby to dziedzictwo było związane spisanym rodzinnym testamentem, jakby wystarczyło przekalkować nazwy przedwojennych lub okupacyjnych ugrupowań, by się nimi samoistnie stać. Ale temat tego zawłaszczania to zbyt długa ścieżka słów, by ją tu rozwijać.

    Na koniec tylko jeszcze puenta: „To my prezentujemy prawdę, demokrację i wolność. My jesteśmy partią wolności.” Cóż, to prawdziwy cytat z bieżących wypowiedzi, jeden z wielu zresztą kwiatków, które padają z ust bohaterów bełkotliwego dialogu ostatnich dni. Kto to powiedział? Czy to ważne? Wszyscy przecież mówią to samo.

19
Czer
16

Gra o beton trwa.

     Obchodzimy dziś pierwszą tygodnicę katastrofy referendalnej. Tak, teraz już mogę napisać, że ludzie tworzący Komitet Referendalny też trochę zapracowali na tą katastrofę, czasem faktycznie to wyglądało (jak napisał jeden z niewielu normalnych komentujących w „ED”), jakby jego twórcy bawili się tym referendum i mimo merytorycznych zarzutów, które przedstawili WueL’owi zawalili pracę u podstaw. Poza tym niepomny własnej sraczki po spożyciu ogromnej ilości toksycznych komentarzy zamieszczonych w „Echu Dna” przed referendum, niestety zrobiłem to po raz drugi – przyjąłem do swojej delikatnej psychiki te komentarze, które zostały opublikowane już po referendum. Ból głowy to mało powiedziane – to paraliż wąsa.

    Równie beznadziejnie jest z propagandą Lubawskiego, która wciąż jak walec toczy się powoli i niestety skutecznie, co dobrze zobrazowała frekwencja na referendum – ludziom jest nie dość, że obojętne (bo przecież wszystko w mieście działa), to uważają, że to dobry prezydent, który choćby „uporządkował centrum”; są światełka, granity i betony, po których można spacerować raz w tygodniu, jak się wyjdzie do miasta na lody, więc ogólnie po co go odwoływać i nabijać kapitał polityczny jakimś awanturnikom. Cóż, naprawdę poległa praca u podstaw, która nie uświadomiła ludziom jak działa układ personalny miasta i co dzieje się z pieniędzmi mieszkańców.

Ale przeczytałem także tekst zdecydowanie godny tytułu Wazeliny Roku – w czerwcowym biuletynie MPK pani prezes tejże szacownej, pałowanej i pacyfikowanej niegdyś przez Wojciecha firmy, Elżbieta Śreniawska, smaruje wazeliną odważnie i bezkompromisowo: Miasto przez ostatnie lata wypiękniało i stało się bardziej przyjazne dla mieszkańców. Wiele tych zmian dokonało się dzięki odważnym decyzjom i determinacji Prezydenta Kielc Wojciecha Lubawskiego(…). Ładnie posmarowane, ładnie. No to wrócę w takim razie do przystanków: głos w ich temacie odnosi się do ich zwykłej funkcjonalności i powoduje, że musimy zadać filozoficzne pytanie. Czy przystanki są dla pasażerów czy dla autobusów? Najbardziej kosztowną rzeczą w ich budowie była specjalne podbudowa, która ma zapobiegać odkształceniom terenu, jest to więc gest w stronę MPK, dla autobusów. Niepraktyczne wiaty, które nie chronią pasażerów przed deszczem, wiatrem i słońcem i nie oferują zbyt wielu miejsc siedzących dla starszych lub zmęczonych ludzi nie są dla firmy, która sprzedaje swe usługi transportowe prezydentowi, czyli dla MPK, tylko dla zwykłych ludzi, którzy są niezadowoleni z ich nieprzyjaznej natury, która wskazuje na to, że są one jednak dla autobusów, by miały się gdzie zatrzymać, a jedynie przy okazji dla pasażerów, by mogli do nich wsiąść. Cóż, ani pani Śreniawska, ani pan Lubawski nie jeżdżą autobusami,

Najnowszy numer mojego ulubionego agit-prop „Tygodnika Em” przynosi felieton niezawodnego przyjaciela prezydenta, p. Natkańca. Nie mogłem się go już doczekać, no i się nie zawiodłem. Ów ocierajmy się o nogawki prezydenta, wijący się u jego stóp, felietonista pisze, a właściwie smaga akapitami wrogów prezydenta w swoim stylu, nawiązującym do doskonałych leninowskich tradycji walki z kontrrewolucją: malkontenci, którzy próbowali odwołać jedynego słusznego prezydenta, powinni zapłacić za swoje referendum, jak to nazwał dosłownie, zapłacić za „swoje fanaberie”. Pan Natkaniec niestety nie odrobił lekcji, bo to właśnie za osobiste fanaberie Wojciecha chcieliśmy go odwołać, za rzeczy, za które nikt mu niestety nie każe płacić, tylko chcemy, by on z miejskiej kasy już tego nie robił – za lotnisko, za „Koronę”, za pomniki, za wycinanie drzew, za betonowanie miasta, za kontrowersyjne inwestycje. Nieśmiało przypomnę, że referendum kosztowało mniej niż 1 przystanek i mogło nas uratować od kolejnych przeboskich, błogosławionych inwestycji.

Na koniec zostawiam sam dar niebios, słowa Wielkiego Wygranego, spływające na mnie światłem niezmierzonym. Otóż Wojciech „Wąs” Wielki zadaje pytanie, które zżera go niesamowicie, nie pozwala spać spokojnie mimo wygranej, bo nie wyobraża sobie, że można jakąś inicjatywę sfinansować nie z publicznych, czy partyjnych pieniędzy, jak to on ma w swoim zwyczaju: I rzecz zasadnicza, której nie odpuszczę: kto naprawdę płacił za kampanię referendalną i w jakim celu? Tak, kontrrewolucja zawsze ma swoje korzenie gdzieś indziej, zawsze pada pytanie, o to, kto naprawdę za tym stoi. W związku z tym są i groźby: Jest grupa ludzi, która bada w tej chwili wszystkie wpisy na portalach społecznościowych. Moi drodzy badacze, którzy to czytacie: współczuję wam takiego zleceniodawcy i przełożonego. Za to sam Lubawski tkwi niezmiennie w samouwielbieniu i rzuca takie teksty, że wąs opada… W „Echu Dna” zacytowali jego soczystą wypowiedź: Wycinanie drzew, betonowanie miasta, wyjazd za granicę młodych – wszędzie robią to samo. Ot, tak po prostu. On bawi się miastem, układa klocki, tworzy jakąś osobistą wersję „Monopoly”, bo takie są reguły jego gry, w którą możesz zagrać albo wyjechać z miasta – no i co z tego, że wyjedziesz? Gra się toczy dalej.

10
Czer
16

Niedziela będzie dla nas, czyli żegnamy Lubawskiego

    Wojciech Lubawski jak zwykle stosuje kampanię, w której nie ma NIC merytorycznego. Tym razem broni swojej posady, publikując gdzie się da swoje banalne przesłanie „POPIERASZ MNIE – NE IDŹ NA REFERENDUM”, być może zdając sobie sprawę, że walka na wymianę argumentów mogłaby być dla niego bolesna, jeżeli nie w ilości głosów (bo niestety ma dość zdyscyplinowanych wyborców), to ukazałaby jego oczywistą miałkość i wąsatą nijakość. Mam nadzieję, że ta logika nie zawiedzie, że na referendum nie pójdą tylko ci, co popierają Lubawskiego, ostatnio było ich 35 000, więc pozostałe 125 000 pójdzie oddać swój głos. Każdy, kto na referendum nie pójdzie będzie musiał się liczyć z tym, że będzie potraktowany epitetem, dla mnie obraźliwym, iż jest poplecznikiem Lubawskiego, zgodnie z tym, co on sam proponuje. Promuje przede wszystkim nie posiadanie własnego zdania, zachęca do nie myślenia, do bierności i milczenia.

    Mam w domu kartkę pocztową (materiał sponsorowany ze środków prywatnych), podrzucaną kielczanom, na której jest zdjęcie fantasmagorycznie oświetlonego urzędu miasta z podpisem „Kielce – nasza duma”, ale choć muszę przyznać, że fotografia jest świetna – to nadrealistyczna, właśnie typowo pocztówkowa, przekoloryzowana, jak i cała prezydentura WueL’a. Blichtr, fashion, granit i nic poza tym.

    Ostatnie dni to sprytnie wyciągnięta afera z wyrokiem skazującym dla Maksa Materny. Sama historia jak to zwykle bywa w życiu, nieciekawa, jak setki innych, tylko problemem jest to, że jej bohaterem jest rzecznik Komitetu Referendalnego. Rozprawa odbyła się na tydzień przed referendum, dotyczyła zdarzenia z 2013 roku, oskarżony nigdy nie był przesłuchany w  związku z tą sprawą, nie został przez sąd powiadomiony o tej rozprawie, na której zapadł wyrok, nie został o niej powiadomiony też przez adwokata z urzędu. Sąd Rejonowy idealnie się wpisał w moment, tak wycyzelowany termin fantastycznie przysłużył się Lubawskiemu i jego masie zasiedziałych w urzędach przyjaciół – czy naprawdę trudno uwolnić się od paranoi, od wyjątkowo mocnego złudzenia nieprzypadkowości w tej sytuacji? Nie obchodzi mnie zbytnio Maks, jako osoba, jako właściciel knajpy, nie bywam u niego w klubie nawet na koncertach, więc dura lex, sed lex, ale… Ale to doskonałe odwrócenie uwagi od właściwej sprawy – od referendum; to przepyszna okazja, by sączyć gówniane komentarze na zupełnie inny temat, by dać pożywkę sępom z mediów i internetowym trollom.

    Jak zwykle moja ulubiona pro-lubawska agitka „eM Kielce” nie zasypia gruszek w popiele w obronie swojego mentora – przyjaciel Wojciecha, p. Natkaniec, współautor książki z nim napisanej, smaży felieton lukrujący dokonania prezydenta i wylicza jego dokonania. Cóż, 14 lat urzędowania z automatu niejako te zasługi przypisuje, coś przecież musiał robić w pracy przez te lata. Problem jest wciąż nieco inny – wiele, jeśli nie większość z tych inwestycji wykonano z funduszy unijnych, a projekty złożone zostały często wg osobistych aspiracji WueL’a, a nie są one często tym, czego oczekują mieszkańcy Kielc, no ale skoro nie podejmuje dialogu na ten temat, to wciąż chełpi się tym, że wbił łopatę nie swoimi rękoma. Stąd ten zrozumiały wkurw bezradności na to, jakie inwestycje w mieście są realizowane. Inną laurkę na zamówienie opublikowała gazeta „Pasażer” wydawana przez kieleckie MPK, a był to wywiad z radnym Borowcem, który wprost twierdzi, że organizatorom referendum  „nie uda się grać regułami demokracji”, bo demokracja ma na imię Wojciech i została ustanowiona w wyborach 2 lata temu.

    Ogromny niesmak aż do wyrzygu wywołuje to, co można wyczytać na forum „Echa dna” – ja wiem, że nie powinienem tam zaglądać, to samo mówili mi to moi rozsądni znajomi, gdy dzieliłem się z nimi swoimi wrażeniami, ale przy okazji artykułu o skazaniu M. Materny niestety się w to bagno zagłębiłem… To idealny, wręcz książkowy przykład i dowód tego, że istnieją ludzie, którzy dostają kasę za wylewanie pomyj na forach, za klepanie bzdur, za produkowanie i powielanie tak samo brzmiących wpisów, za bronienie Lubawskiego, za smarowanie gównem całej inicjatywy referendalnej i ludzi, którzy są z nią związani. Jakiej pokrętnej argumentacji trzeba użyć, by wyprowadzić tezę jednego z tematów tego forum – „Jesteś przeciwko lewakom – nie idź na ich referendum”, w sytuacji, gdy jednymi z jego inicjatorów byli też korwiniści, w obliczu tego, że Lubawski jest idealnym przykładem etatysty, który w socjalistyczny sposób czerpie pełnymi garściami z coraz wyższych podatków, gnębi przedsiębiorców i pielęgnuje urzędniczą pajęczynę powiązań? Można to zrobić chyba tylko za pieniądze, byle tylko naprodukować sztucznego smrodu.

    Całą postać i prezydenturę Lubawskiego dość dobrze charakteryzują 2 jego inicjatywy, o których jakoś rzadko wspomina: dość brutalna próba złamania strajku kierowców MPK przy pomocy wynajętych bandziorów z firmy ochroniarskiej w 2007 roku, pokazująca, że kompletnie nie interesuje go dialog i rozwiązywanie problemów, które psują jego wizję, by zresztą po latach cynicznie szczycić się tym, co osiągnęło kieleckie MPK (którego by pewnie nie było, gdyby udało mu się zrealizować jego ówczesne pomysły, a dziś woziłaby nas nie-kielecka Veolia). Drugim świetnym zobrazowaniem jego charakteru jest budżet obywatelski – inicjatywa, którą mocno zlewał przez pierwsze lata, gdy pojawił się ten temat. Czemu? Bo wymaga jakiegokolwiek dialogu z pospólstwem, zakłóca harmonię jego osobistej wizji, rozdaje inicjatywę anonimowym obywatelom. Teraz natomiast szczyci się tym sprawnie działającym mechanizmem jakby było to jego osobiste dzieło.

    Mam nadzieję, że to wszystko skończy się w niedzielę, że moimi sąsiadami i znajomymi nie są tylko „poplecznicy Lubawskiego”, którzy zostaną w domach by nie myśleć i nie mówić.