27
maj
12

ULTRA CHAOS PIKNIK 2012

Obrazek

Za miesiąc wydarzy się bardzo specyficzny fest w Żelebsku i wrzucam plakat, bo uważam, że warto tam pojechać [choćby i z tego powodu, że współorganizują go też ludzie związani z Kielcami]. Specyfika jego polega na tym, że choć odbywa się na niezłym pustkowiu, to zawartość muzyczna i jakość organizacji  [piszę to na podstawie zeszłorocznej edycji] wraz z zapleczem [żarcie wegetariańskie etc.] sumują się na bardzo dobry zestaw festiwalowy. Dla ułatwienia dojazdu - MAPKA

12
maj
12

AKCJA “67″ – mylenie tropów?

Wczorajsza warszawska Akcja „67” z segregacją i niewypuszczaniem posłów z Sejmu była naprawdę ciekawa jako nowa odmiana blokady, zamiast „do” była to „blokada z”. Ale w tym całym radykalizmie działań zabrakło gdzieś radykalnych tez, pominięto czy też wstydliwie przysypano banałami pewne prawdy i wnioski. Nikt się przecież nie zająknął w jaki sposób został stworzony ten system emerytalny [przeciw któremu w tak radykalny sposób protestowali] i na czym się opiera, bowiem w tej awanturze przeważają zwykłe głosy o tym, że „Ale jak pracować w takim wieku? Wyobraża pan sobie górnika w tym wieku? Policjanta? Etc itd. itp.”. Dla mnie wygląda to nawet jak mylenie tropów, wręcz na wynajęcie central związkowych przez PR-owców rządowych do ugrania drobnych ustępstw w zamian za nie ruszanie samej [nieuczciwej w swej istocie]zasady. Zasady wymyślonej przez państwo, nie przez obecny rząd.

System emerytalny obecnie funkcjonujący stworzony został na zasadzie powszechnego przymusu [o głupim jego przykładzie wspomniał na swoim KRUS-owym przykładzie ostatnio Ziemkiewicz] – nie da się go uniknąć w zgodzie z prawem, jest obłożony wieloma paragrafami, a państwowa ekonomia na nim się wręcz opiera. Państwo zabiera nasze pieniądze, nazywa je „składkami”, obraca nimi, a nie odkłada na nasze konta [wydawane są od razu i to jest cały problem tej reformy emerytalnej – ZUS w ogóle nie ma kasy, „składki” są od razu wypłacane innym], nasze pieniądze więc fizycznie nie istnieją. Do tego dochodzi odgórne sterowanie funduszami OFE, które jakoby miały być alternatywą dla państwowej emerytury. Nasze konta emerytalne są fikcyjne, papierowe, elektroniczne, umowne, nazywane są „gwarancjami” a kolejnym dowodem na to jest odwlekanie momentu wypłaty emerytur, „nie wcześniej niż…” [teraz do 67-go roku życia], bo do tego czasu jakoś się je może uzbiera. Pojawiają się od czasu do czasu artykuły, w których są wyliczenia, o tym, ile odkładając  samemu co miesiąc, zamiast płacić ZUS-owi, uzbierałoby się na starość, a jest to suma o wiele większa, niż to co może uzbierać nam państwo z naszych przymusowych składek.  Ale wracając do Akcji „67” – związkowcy sprawiają wrażenie takich, którzy walczą o zachowanie tego nieuczciwego status quo, w którym funkcjonariusze wciąż nie płacą sami za siebie składek, w którym wciąż istnieje przymus i kradzież pod groźbą przemocy, w którym obywatele nie decydują o swoich pieniądzach, a robi to za nich nieefektywnie państwo. Tak nieefektywne, że samo namawia obywateli do samodzielnego zbierania pieniędzy na ich własną emeryturę, bo groźba tego, że ta państwowa będzie głodowa, jest bardzo duża. Jest to więc akcja, której celem jest zmuszenie złodzieja do uczciwszej kradzieży, lub do uczciwszego dzielenia się zagrabionym łupem z ograbionymi. To błagalny wzrok – „Jeżeli już musisz kraść, miej trochę więcej litości”.

04
maj
12

DJ Lubawski

W najnowszym numerze kieleckiego miesięcznika „Teraz” opublikowali tekst o uroczystym otwarciu nowej knajpy „Kotłownia”, które uświetnione było występem Tomasza Stańki. No super, cacy, elokwentnie, elegancko, miło, ą, ę, tylko ani słowa o tym, że było to „OTWARCIE ZAMKNIĘTE”. Zrealizowane zresztą za publiczne pieniądze, bo w ostatniej chwili jakaś celowa dotacja poszła z UM, a smakować i delektować się tymi dźwiękami mogli tylko wybrańcy z zaproszeniami. Niesmak, jaki to wzbudziło pozostał do dziś, byli i tacy, co z zaproszenia nie skorzystali, nie chcąc udławić się w gęstym sosie śmietanowo-prezydenckim, bo nie wiem, czy tak naprawdę gwiazdą zdarzenia [nie muzyczną] nie był nasz nielubiany prezydent Wojciech Lubawski. W tymże tekście w ww. gazecie napisane było o tym, co się będzie tam działo dalej – a więc dalsze wysmakowane koncerty, a w przerwach między nimi, czyli na co dzień, puszczana będzie tam muza z bogatych zbiorów Wojciecha Lubawskiego…

Koniec końców, przynamniej dopóki ten pan nie zostanie osobą prywatną, ja nie zamierzam karmić tego środowiska swoją bytnością i portfelem i do „Kotłowni” chodził nie będę. Miłej zabawy i wyrazy współczucia tym, którzy z jakichś powodów tam pójdą!

09
kwi
12

Natrętne blebleble…

Jutro jest dość, hm, specyficzny dzień. I choć te wlepy powstały z zupełnie innej inspiracji, to w sumie jedna z nich mogłaby być poświęcona tej wywołującej niezdrową gorączkę rocznicy. Ale tak naprawdę to przesłaniem tych wrzutów było to, że miewam stan, gdy nie mam nic do powiedzenia, jak i te wszystkie gadające czaszki uzurpatorów i pseudo-ekspertów kłapiące szczęka czy klawiaturą z pierwszych stron gazet, czołowych kolumn felietonowych i obrazków w telewizorze. Bleblam więc, nie wstydząc się tego, w sposób niewyartykułowany wybleblowywuję z siebie jakieś bleblane prawdy objawione.

Obrazek

Obrazek

Seria wlepek była unikatowa, pojawiły się w naprawdę kolekcjonerskiej ilości, więc upamiętniam ją czym prędzej, a jutrzejszy dzień to dodatkowa okazja – na pewno będzie jutro cała masa „bleble”, nastąpi wyjątko0wy atak agresywnych lub cynicznych „blabla”.

Obrazek

Obrazek

Dla bardziej wnikliwych i doszukujących się jakiegokolwiek sensu w tych samoprzylepnych kartonikach przyznam się, że w jednej z wlepek niechcący zrobiłem błąd. A tam, bleble…

07
kwi
12

Kielce fermentują na wiosnę

Kielce fermentują na wiosnę. Nie zawsze są tą pączki, z których wyrosną ładne kwiatki, czasem po prostu po zimie przyroda odkrywa nieciekawe zjawiska…

* * *

Oficjalna strona Urzędu Miasta Kielce po swoim odświeżeniu straciła ważną funkcjonalność: zabrakło wyboru języka chińskiego do przeglądania strony. Kończy się powoli romans miasta z chińskim biznesem, to był dosyć dziwny i egzotyczny układ, w którym to chyba Kielce padły ofiarą seks-biznes-turystyki i to my jesteśmy wciąż w pomolestacyjnej traumie wyrafinowanych wschodnich krawatów.

* * *

Energia stłamszona w mieszkańcach miasta przez zimę i jesień znalazła drobne, ale za to jak pozytywne ujście w inicjatywie zbierania podpisów pod petycją o likwidację Straży Miejskiej. Stowarzyszenie Kielce Nasz Dom w czwartek 5 kwietnia złożyło 11 tysięcy podpisów z poparciem tej inicjatywy, za jakiś czas powinno to poskutkować wciągnięciem projektu takiej uchwały na posiedzenie Rady Miasta. Jednocześnie kilka kilometrów pod Kielcami, w Morawicy, została powołana do życia Straż Gminna, ale może tam akurat wypełni swoje zadanie zgodnie z oczekiwaniami mieszkańców gminy.

* * *

Inne pokłady energii w kielczanach wyzwoliła, paradoksalnie, telewizja. 31 marca w Kielcach odbyła się potężna, jak na to miasto, manifestacja w sprzeciwie wobec nieumieszczenia TV Trwam na multipleksie cyfrowym. Oczywiście akcja ta miała wiele innych smaków, powiązanych tematycznie ze Smoleńskiem czy anty-tuskową tematyką, ale zaskoczyła mnie nieco, podobnie jak zimowa, młodzieżowa akcja anty-ACTA, liczbą ludzi, którzy na niej się pojawili. Niestety nie widziałem osobiście, z perwersyjną ciekawością przeglądałem natomiast doniesienia, choćby o ataku parasolem jednego z organizatorów marszu na mikrofon reportera „Echa dna”… Poza tym tak naprawdę rozumiem tych ludzi, każdy powinien mieć prawo do swojego narkotyku, a w dodatku, choć z mojej klawiatury zabrzmieć to może dość absurdalnie, naprawdę uważam TV Trwam [czy „to radio” z nią tożsame] za niezależne medium, szczególnie w dobie dzisiejszej semiokracji [dla ludzi z problemami językowymi – nie chodzi o Semitów, a o semiotykę] i jako takie uważam za na tyle cenne, by bronić go, nawet traktując w kategorii unikatu [nie ssącego, przynajmniej bezpośrednio, państwowych pieniędzy].

* * *

31 marca miał natomiast miejsce dosyć dziwny incydent, kojarzący się raczej z mającym nastąpić następnego dnia prima aprilisem. Policja wpadła wieczorem do klubu WOOR przy pl. Wolności i zaaresztowała Marka „Babcię” Dubeltowicza. Tym razem od wiosennego powiewu załopotały mundury, o czym przekonał się podstarzały bluesman, który w wyniku perfekcyjnej akcji znalazł się za kratkami i to tuż przed swoim koncertem mającym się odbyć w tymże lokalu. Ta wiadomość zabrzmiała naprawdę jak więzienny blues…

24
mar
12

Nowy głos do likwidacji Straży Miejskiej w Kielcach

Dziś zajrzałem na ulicę Sienkiewicza między innymi po to by złożyć swój podpis pod petycją o referendum w sprawie likwidacji Straży Miejskiej w Kielcach. Zbieranie podpisów odbywa się przy skrzyżowaniu ulic Małej i Sienkiewicza, a jak się dowiedziałem jest już ok. 7 tysięcy zebranych głosów poparcia! Przy wymaganych 2 tysiącach, które powodują, że temat wjeżdża na obrady Rady Miejskiej, to naprawdę poważna suma, a to jeszcze nie koniec! Co się jednak stanie, gdy zostanie ten temat poddany pod rozważenie naszych radnych, tego nie wiemy – raczej jest to organ zakonserwowany, lubujący się w samodzielnym, a nie obywatelskim podejmowaniu decyzji, więc nie wróżę dobrej przyszłości tej inicjatywie, która raczej ugrzęźnie w murach urzędu. Tym bardziej, że nie wizualizuję sobie takiego lobby wśród radnych – w czasie wyborów chyba tylko Konrad Łęcki i jego stowarzyszenie jasno wypowiedzieli się w tej kwestii. Pozostali to partyjne lub pro-lubawskie ogródki pod kloszem interesów miejskich, które nie patrzą na problemy nawet pod względem ekonomicznym – tak więc argument o oszczędnościach w kasie miejskiej nie przemawia raczej. Straż Miejska to prestiż, to jak posiadanie limuzyny dla prezydenta, jak telewizja czy strona internetowa, jak święto miasta, jak spacer granitowymi ulicami kieleckiego śródmieścia, jak weekendowa wyprawa do centrum handlowego, jak pomniki  w kluczowych punktach miasta – to po prostu jest, to się dzieje. Gdyby było inaczej ci ludzie wystąpili by z tych durnych partii – bo jednak bycie ich członkiem to prestiż, to misja, to powołanie, a wręcz predestynacja….

Stowarzyszenie Kielce Nasz Dom, które organizuje to zbieranie podpisów nie podparło tego jakąś specjalnie wysublimowaną retoryką – ale liczy się fakt inicjatywy obywatelskiej, która mi się podoba sama w sobie i jej cel tym bardziej, więc jestem zdecydowanie ZA.

Śmieszy, a wręcz irytuje to co mówi Lubawski o tej inicjatywie – - Nie wiem dlaczego stowarzyszenie tak bardzo martwi się o budżet miasta. Niech jego członkowie zajmą się raczej lepszym prowadzeniem swoich interesów. W ogóle to mam wrażenie, że chodzi o coś zupełnie innego. Może któryś z członków stowarzyszenia dostał mandat od straży miejskiej, a problemu w ogóle by nie było, gdyby kto inny był prezydentem miasta? – zastanawia się prezydent Kielc Wojciech Lubawski. – Likwidacja straży miejskiej to niedorzeczny pomysł, ale niektórzy myślą, że wtedy będzie można parkować w poprzek ulicy Sienkiewicza – dodaje.” [za Gazeta.pl] Dla mnie ta wypowiedź jest  wręcz korzystaniem z dorobku Lenina i jego ideowych następców – to jakby powiedzenie, że komunizm nie sprawdza się przez kułaków i złe wpływy wrogich mocarstw; że jest tylko jedna wizja organizacji miasta, że gdyby to zmienić, to zapanuje chaos; że tkwi w tym czyjś prywatny interes; że to byłby wyłom w jakimś niespisanym dekalogu administracyjnym –  zamiast udzielenia prostej odpowiedzi na pytanie „po co nam straż miejska?”, czy nie możemy dać pozwolić obywatelom miasta zadecydować o tym, co się dzieje w ich mieście? Odmowa tego to jak powiedzenie, że „ludzie to idioci, nie wiedzą co jest im potrzebne”, ale czy nie wynika z tej postawy wniosek, że ci ludzie, którzy wybrali władze miasta, to także idioci?

Padały propozycje by przemianować Straż Miejską na Straż Komunikacyjną, gdyż ponad 60% wpływów z mandatów pochodzi z kar za wykroczenia komunikacyjne. Ochrona obywateli i mienia stanowi nikły procent działalności tej instytucji. Moja propozycja jest konkretniejsze  – niech to będzie Straż Prezydencka, będzie chronić interesy nie miasta, które jest tworzone przez jego obywateli, a interesy i wizje prezydenta – będzie przynajmniej uczciwie w nazewnictwie.

Przy tej okazji warto przywołać pewne hasło: „Miasto to nie firma!”. Mieszkańców niezbyt interesuje nadmuchane public relations, spektakularne inwestycje, menadżerskie kroki w stylu układów kielecko-chińskich, inicjatywy niby-prewencyjne w stylu Straży Miejskiej, a raczej sprawne funkcjonowanie miasta z jak najmniejszymi obciążeniami fiskalnymi i z dbaniem o interesy obywateli na pierwszym miejscu. Paradoksalnie budowami centrów handlowych w środku miasta są zainteresowani nie mieszkańcy, a firmy inwestorskie, sieci sklepów, klienci, którzy pochodzą chyba w większości z ościennych gmin czy powiatów – mieszkańcy miasta cierpią na tym choćby z powodu chaosu komunikacyjnego i zaniku lokalnego handlu.

Warto śledzić co się stanie z tą inicjatywą i co będą mówić radni, a przede wszystkim nasz „ulubiony” prezydent Lubawski. Chyba będzie toczona piana i będą emitowane farmazony…

Mój tekst z pełną listą wątpliwości nt. instytucji Straży Miejskiej opublikowałem niegdyś TUTAJ

05
lut
12

Sieciowy Stan Wojenny

Zaskoczyło mnie to szczerze, jak ludzie, młodzież głównie, zareagowali na te biurokratyczne kroki w sprawie wprowadzenia w życie ACTA. Nigdy wcześniej, w sprawach równie kontrowersyjnych, te o kilka lat młodsze pokolenia nie próbowały powiedzieć słowa. Czy to było wstąpienie do NATO, Unii Europejskiej, referendum w sprawie nowej konstytucji, podpisanie traktatu Lizbońskiego, udział w konfliktach irackim i afganistańskim, czy już wewnętrzne decyzje polskiego rządu, podnoszenie podatków, finansowanie innych krajów i upadających banków, to przyjmowane było to w ciszy. Czemu? Przecież nie przez facebooka… zwyczajowa mobilizacja na fejsie, zarówno na koncerty, jak i na inne zdarzenia społeczne, kończy się mniej więcej 10-cio procentową obecnością wobec zadeklarowanej. Jeżeli chodzi o efekt końcowy, ten portal nie miał w tym udziału poza byciem narzędziem, które akurat tym jednym razem, 25 stycznia, zadziałało. 3 lutego, pod Urzędem Wojewódzkim, pojawiło się już tylko około 80 osób, zamiast zapowiadanych 700.

Moje wrażenie na temat tego fenomenu jest inne: rozkręciła się sytuacja, w której nagle, w sposób widoczny, pewne przydatne, używane rzeczy, narzędzia – zniknęły, inne zostały w wyobraźni internautów mocno zagrożone. Cóż z tego, że to zaledwie serwisy, które udostępniają, a nie produkują czy tworzą – ale są codziennym dobrem w wielu domach.

Ta dotykalna utrata wirtualnych wartości stała się realna o wiele bardziej, niż fiskalny codzienny ucisk, który jest raczej słabo odczuwalny. Nie czujemy żadnej utraty, gdy rząd „w naszym imieniu” podpisuje jakieś traktaty, które de facto zabierają nam bardzo wiele z naszych praw; nie czujemy upływu gotówki, doświadczając co najwyżej uciążliwych i bolesnych podwyżek, czy nie słabnącego bezrobocia, w sytuacjach, gdy podwyższane są podatki lub są one inwestowane w wojny lub dopłaty do nic nam nie dających inwestycji, zamiast wracać w postaci usług publicznych. Strach przed utratą wolności [internetu] jest powodowany strachem przed zniknięciem z sieci wielu dostępnych dóbr lub, co gorzej, siebie samego, wirtualnej tożsamości, loginów i awatarów. I w walce o wolność słowa demonstrują często ci, którzy najchętniej odebraliby ją innym, wrogom: lewakom, nazistom, mniejszościom seksualnym czy tym, którzy lubią je znieważać. Inną stroną tych protestów jest „solidarność sprzeciwu”, nad którą, poniekąd słusznie, choć niestety raczej sentymentalnie, zachwycał się Jacek Sierpiński.

Okazało się, że w Kielcach, pewnie podobnie jak w innych miastach, gros ludzi obecnych na tych protestach to licealiści albo giimnazjaliści. Taki lumpenproletariat kultury. Młodzież, która nie ma innego sposobu, by posłuchać płyty lub obejrzeć film [czy tym bardziej serial - te zazwyczaj ściągane są emitowane na płatnych kanałach tv], jak przez ściągnięcie go z internetu. [O ekonomii cenzury prosto i jasno napisał Robert Gwiazdowski].

Dosyć znamienne były niektóre komentarze zarzucające Nowej Prawicy, organizującej w sobotę kielecki protest, że dołączenie innych haseł [wyborczych sloganów NP - o podatkach czy reformie emerytalnej] było błędem, bo mogłoby odciągnąć ludzi od przyjścia na protest przeciw ACTA. Czyli miałby być to sprzeciw wobec „twarzy systemu” a nie przeciw systemowi? Bo ACTA wraz z Tuskiem stały się właśnie takimi znienawidzonymi awatarami okrutnego rządu.

Bardzo ważne niestety były relacje ludzi dotyczące poprzedniej demonstracji z 25 stycznia, które zupełnie inaczej nakreślają tamte zdarzenia, przez media opisane jako „chuligańskie ekscesy”. Bowiem mimo swojej okazywanej obecności policja nie próbowała zadbać o bezpieczeństwo ludzi – to samochody wjeżdżające w tłum, dosłownie przepychające się przez ludzi chodzących po ulicy, sprowokowały rzucanie w nich śnieżkami czy klepanie po karoserii. Policja ani nie zatrzymała ruchu samochodowego, ani nie zwracała uwagi na możliwość tragedii – w tym tłumie były naprawdę dzieci, gimnazjaliści, ale o wpuszczeniu ruchu samochodowego w ten tłum jakoś rzecznik policji się nie zająknął. O sterowalności czy prowokacji niektórych zdarzeń możemy sobie gdybać – było wielu kibiców i w ogóle młodych ludzi, którzy za pewne nie raz mieli wcześniej do czynienia z policją. Do czynienia z patrolami na osiedlach ma prawie każdy kilkunastoletni chłopak, który siedział wieczorem pod blokiem na ławce, co drugi miał sprawdzany telefon, a co trzeci pokazywał funkcjonariuszom co ma w kieszeniach. Ilu z nich miało jakieś drobne wpadki, czy to właśnie na osiedlu czy tym bardziej przy okazji meczy, na co policja mogła przymykać oko w zamian za „przysługę” przy innej okazji – info o dilerze, złodzieju czy wystawieniu podejrzanego? Nie zdziwiłbym się, gdyby jakiemuś mundurowemu burakowi przyszło do głowy by zepsuć pokojową demonstrację nie swoimi rękami.

21
sty
12

Panie prezydencie Lubawski, może jakieś drzewo by pan posadził?

Uciska mnie jakieś ciężkie, betonowe wrażenie, że obecnie Kielce przypominają Polskę lat 50-tych, z werwą budowaną ku chwale wielkich idei, bez zwracania uwagi na całokształt czy tym bardziej jakiś szczegół społeczny. Oczywiście wiele z tych przemian czy inwestycji ma jakieś racjonalne podłoże, ale styl czy efekty skłaniają do takich socrealistycznych skojarzeń. Może i zaczęło się to przy okazji wysypu pomników, które zaczęły za kadencji Wielkiego Wojciecha wyrastać w różnych częściach miasta, łącznie z betonowymi tablicami Mojżeszowymi, ale potem zaczęły się wysypywać monumentalne projekty, niezbyt przystające do naszego miasta średniej zaledwie wielkości. I wielkie przebudowy drogowe, dyscyplinujące kierowców i zamykające pieszych czy rowerzystów w słabo przystosowanej do takiego ruchu infrastrukturze drogowej do coraz mniejszej ilości przejść, karkołomnych kładek i ścieżek rowerowych wyciętych z nowych tras ulicznych.

Nawet na lokalnej stronie „Gazety” został zamieszczony bardzo dobry tekst Jerzego Stradomskiego ze stowarzyszenia Kieleckie Inwestycje, który, mam wrażenie, kłoci się z dotychczasowym bezrefleksyjnym podejściem tego medium do stylu przebudowy Kielc, co było choćby widać przy słabym komentowaniu zabetonowania brzegu Silnicy masywnym apartamentowcem. Artykuł jest konkretną analizą sytuacji powstałej dla mieszkańców osiedla Bocianek po zamknięciu ich w getcie po wybudowaniu ekspresowego odcinka drogi S74 – odgrodzenie ekranami, zminimalizowanie tras komunikacji pieszej i rowerowej – jednym słowem tradycyjnie pojmowane wykluczenie. To niestety dopiero zaczynek do problemu, który się rozrasta wraz z ilością wylanego betonu [mój znajomy inżynier z branży niebudowlanej mawiał: „budowlaniec myśli dopóki beton nie zwiąże” – tu raczej chodzi o wizjonerów i projektantów] i zatwierdzonych projektów. Przebudowy w centrum Kielc dopiero wchodzą w fazę rozwojową, to wykluczenie będzie zapewne jeszcze bardziej zauważalne po zrealizowaniu innych pomysłów genialnych wizjonerów.

Jedną wspólną cechą tych inwestycji jest niesłabnąca arogancja i brak szacunku dla środowiska naturalnego, czy raczej jego pozostałości, które znikają z miasta w zastraszającym tempie przy okazji tychże działań [a słowo-klucz „środowisko naturalne” nie ogranicza się tylko do drzew!]. Każda przebudowa drogi to dziesiątki czy setki usuniętych drzew, w przypadku ul. Krakowskiej chyba około tysiąca. Ten masowy proceder rozpędza się w szalonym tempie – niebawem, gdy będą się kończyć przebudowy infrastruktury drogowej w okolicy budowanej jeszcze galerii Korona, zniknie wiele drzew z ulicy Warszawskiej, na odcinku od al. IX Wieków do al. Tysiąclecia, by ustąpić miejsca nowym ekranom akustycznym. Kolejne przebudowy przy ulicach Czarnowskiej, 1-go Maja, Zagnańskiej, Okrzei, Żelaznej a później Jesionowej będą w efekcie takie same – powstaną drogi, ekrany je zasłaniające, ale niestety znikną drzewa. No i nie można zapomnieć o przebiciu z Krakowskiej do Prostej, gdzie odbędzie się prawdziwa rzeź drzewna…

Marudzenie, kłapanie dziobem, sączenie jadu, brak merytorycznych  argumentów – to mniej więcej zarzuty wobec tekstu Stradomskiego na forum „Gazety”, do mnie też doskonale pasują, wiem, mam taki zwyczaj, ale kurwa, w zamian za te drzewa nie sadzi się innych, nie tworzy nowych miejsc rekreacji [co najwyżej zagospodarowuje istniejące, jak Wietrznię], nie mamy nowych parków, skwerów, tylko beton i granit. Te kilka nowoposadzonych drzewek na króciutkim odcinku ul. Warszawskiej od Rynku do al. IX Wieków to jest jak przypadkowe kichnięcie. Czy naprawdę nie da się zrobić nic w zamian za ten przetrzebiony drzewostan? Wielu ludzi potrzebuje dróg, ale równie wielu potrzebuje miejsca gdzie można zawiesić oko na drzewie, na zieleni, usiąść latem na ławce w cieniu, byleby to nie był cień centrum handlowego… Czy to po prostu przypadłość miejskich demiurgów, którzy na co dzień spędzają czas w swoich domach na przedmieściach miast, lub wręcz w podkieleckich gminach i koło chuja im to lata czy jest coś zielonego w Kielcach, bo ważne jest, że oni mogą szybko dojechać do pracy i na zakupy?

Czy tak trudno zawrzeć w umowach o budowie inwestycji paragraf zmuszający do jakiegoś zielonego zagospodarowania terenu po jej zakończeniu? Widziałem w Łodzi budowę, w której obrysie stało drzewo – pomnik przyrody i inwestor musiał dokonać zmiany architektonicznej – wklęśnięcia w budynku, w którym to drzewo sobie dalej rosło, bo bardziej mu się to opłacało, niż wycięcie. Czy jeżeli się tego nie da zagwarantować lub zrealizować z braku miejsca [zabranego przez asfalt, granit, ekrany], a jest to inwestycja dla miasta, to czy prezydent i jego wierna Drużyna Wąsatego Pierścienia nie mogliby złożyć prostej deklaracji – „Za jedno drzewo wycięte na budowie oddamy nowe, posadzone w mieście lub 10 metrów kwadratowych zielonego skweru”? A niechby nazwał sobie ten skwer lub aleję drzew w jakiś pompatyczny sposób, na cześć i chwałę swoich idoli, ale odczulibyśmy przynajmniej tą chęć rekompensaty mieszkańcom czegoś, co miasto im zabrało.

Lata 50-te w PRL-u charakteryzowały się tym, że każda budowa – huta, droga, szkoła, były pomnikami wieczystymi dla ówczesnych budowniczych. Dziś widzę to samo – prezydenta rozglądającego się po mieście z dumą: to mój Rynek, to mój parking, to mój stadion, to moja filharmonia, to moje drogi, to moja ulica Sienkiewicza… Trwałe, z granitu, z betonu, na kilkaset lat… bo drzewa to tak łatwo ściąć i nie przenoszą pamięci o wizjonerze w taki spektakularny sposób.

17
lis
11

Petycja w sprawie ratowania CRK

Co dalej z CRK?

Obawiamy się o przyszłość Centrum Reanimacji Kultury. Miasto planuje przeprowadzić remont budynków przy ul. Jagiellończyka 10c i d, w których CRK działa od 11 lat. Pozwolenie na rozpoczęcie prac budowlanych ma być wydane do początku grudnia. Jednocześnie UM nie prowadzi z naszym kolektywem żadnego dialogu dotyczącego przyszłości miejsca po remoncie oraz samego przebiegu prac. Urzędnicy nie odpowiedzieli nam na dwa złożone w oficjalnym trybie pisma z prośbą o gwarancję, że miejsce będzie nadal zajmować budynki na dotychczasowych zasadach. Pomimo zapewnień przedstawicieli władz lokalnych nasze uwagi nie zostały uwzględnione w złożonym już projekcie remontu. Od kilku tygodni staramy się spotkać z urzędnikami odpowiedzialnymi za zarządzanie zasobem komunalnym – jak na razie bezskutecznie.

CRK to istniejąca od 11 lat niezależna i otwarta przestrzeń skupiająca artystów i aktywistów społecznych. Działa bez jakichkolwiek dotacji, zarządzana jest na zasadach demokracji bezpośredniej. Kolektyw CRK sam wyremontował i utrzymuje zajmowane budynki.

Podpisujcie petycję do władz miasta o przedstawienie stowarzyszeniu prowadzącemu CRK umowy o bezczynszowy najem budynku przez okres 20 lat: TUTAJ

Udostępniajcie na Facebooku ankietę dotyczącą przyszłości CRK . Strona na facebook’u:   TUTAJ

Więcej o działalności wrocławskiego Centrum Reanimacji Kultury można znaleźć oczywiście na ich stronie czyli TUTAJ

06
lis
11

LOKOMOTYWA #3

Oto z zaskoczenia nieco pojawił się nowy, trzeci numer LOKOMOTYWY – kieleckiego pisma, które jest obecnie jedynym papierowym wydawnictwem niezależnym w Kielcach, orbitującym na dodatek mocno w anarchistycznych klimatach. Niby nie powinno mnie zaskoczyć ukazanie się tego numeru, bo są tam dwa moje teksty, ale jednak stało się to trochę bezwiednie i fajnie, bo to, że się wciąż ukazuje to jednak niespodzianka. W środku jak zwykle to i owo z regionu i ogólnie, ideowo i muzycznie, najlepiej zobaczyć samemu i jak zwykle udostępniam to wydawnictwo w dwóch wersjach:

- DO SAMODZIELNEGO WYDRUKOWANIA

- DO CZYTANIA

Jest jednak w tym numerze pewien gorzkawy posmak – oprócz ciekawych materiałów o Anonymous czy Lutrze pojawiło się dość mocne nawiązanie do pewnego nurtu, który w wielu miejscach jest nieco niestrawny: heroiczny lewicowy antyfaszyzm. Mam duży dystans do lewicowych ideologii [bo jest ich wiele, choć część z nich serwuje ciekawe przemyślenia], ale w połączeniu z agresywną postawą nawołującą do eliminacji prawicowej ideologii, nazywanej często zamiennie (!) „faszyzmem” lub eliminacji jej zwolenników, tworzy trochę niesmaczny obraz. W razie czego dopiszę od razu: mój antylewicowy odruch wynika z tego samego antyautorytarnego podejścia, który odpycha mnie od faszyzmu; lewica nie ma monopolu na antyfaszyzm; łatka „faszyzmu” często nie pasuje do przyklejonych miejsc, a pewne antyfaszystowskie metody i „propozycje” są łudząco podobne do tych, przeciw którym się zwracają. Nie wspominam już o dreszczu, jaki po mnie przechodzi, gdy pojawia się na horyzoncie pro-policyjne stowarzyszenie „Nigdy Więcej”. Jeżeli ktoś ma z kolei ochotę poczytać kawał tekstu obdzierający ze złudzeń obrazek „współczującej lewicy”, przede wszystkim z autopsją zwłok jej kilku fundamentalnych postaci, to zapraszam serdecznie na uważną lekturę: „Empatia nie pomoże rewolucji”. Zresztą faszyzm swój konstrukt ma zdecydowanie lewicowy. Nie w tym rzecz jednak, by rozbierać na cząstki polski antyfaszyzm (bo mowa jest tutaj tylko o kieleckim piśmie), a w tym by nie popadać w atawistyczne trendy i jednak zastanowić się, czym jest tak agresywny sprzeciw wobec manifestacji poglądów i głoszenia idei [w nawiązaniu choćby do istnienia w TAKIEJ SAMEJ SYTUACJI głoszenia niepopularnych idei] i gdzie jest granica między samoobroną, a polityką agresji, i to w dodatku pro-policyjnej [gdy mowa o „delegalizacji”, „zakazie pozwoleń”, paragrafach antyfaszystowskich, czy donosicielstwie w stylu „NW”]. Tak, że Adam, nie przejmuj się, to tylko narzekania starego marudy…

EDIT: spojrzenie z nieco innej strony na akcyjność okazyjną/świąteczną przynosi tekst, który dostałem od znajomego w mejlu. Znajomego można by określić jako “anarchosarmatę”, ale nie wypada, bo to jeden z ostatnio modnych epitetów, będących w obiegu na równi z obleśnymi “anarcholibertarianami” [inne, jeszcze gorsze, są jak splunięcie w twarz], natomiast tekst zatytułowany “11-11-11 inaczej” przynosi dosyć trzeźwe ogarnięcie tego, co wydarzy się w święto niepodległości: CZYTAJ




Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.